Już sama podróż do Albanii była pełna wrażeń i przygód ! Jechaliśmy z przesiadkami, kilkoma pociągami, a niektóre odcinki pokonywaliśmy po prostu na rowerach. Na czas podróży rowery częściowo demontowaliśmy i po spakowaniu we własnej produkcji pokrowce, przewoziliśmy jako podręczny bagaż.
Przewóz rowerów w pociągu. Dzięki temu, że rowery przewoziliśmy jako bagaż podręczny zaoszczędziliśmy sporo pieniędzy, no i rowery były przez cały czas na oku. W niektórych pociągach na trasie naszego przejazdu, przewóz rowerów - formalnie - w ogóle nie jest dopuszczalny.
Wyjazd miał miejsce w przeddzień długiego weekendu. Pociąg był bardzo ciasny, nie tylko na korytarzu, ale także w przedziale jechało więcej osób niż - teoretycznie - jest tam miejsc. My - realizując plan przejazdu - musieliśmy jakoś wysiąść z tego ciasnego pociągu z ... rowerami (fot. Joanna Tyczkowska).
Aby obniżyć koszty przejazdu, wysiadamy w Zebrzydowicach i rowerami jedziemy do leżącej po czeskiej stronie granicy Karviny - tam wsiądziemy w kolejny pociąg. Przejazd granicy rowerami oraz podróż przez Słowację dają nam duże oszczędności finansowe, nie opóźniając pory przyjazdu. Przy wysiadaniu z zatłoczonego pociągu i szybkim składaniu rowerów (bo czasu jest mało) kibicuje nam cały przedział (dziękujemy Asi za przesłane zdjęcie !). Po drodze, w środku nocy kluczymy bocznymi dróżkami i przy okazji łapiemy gumę - na pociąg w Karvinie zdążamy w ostatniej chwili, kiedy kończymy pakować rowery do pokrowców - pociąg wjeżdża na peron (fot. Joanna Tyczkowska).
Na dworcu w Skopje (Macedonia) - składamy rowery po podróży z Warszawy.
Pociąg do Skopje przyjechał z dużym opóźnieniem i straciliśmy planowane skomunikowanie na dalszą trasę. Aby nie tracić czasu na czekanie na następny pociąg zmieniliśmy plany i ze Skopje pojechaliśmy na rowerach. Odcinek ze Skopje do Tetova musieliśmy pokonać płatną autostradą. Pierwszy raz jechałem rowerem po autostradzie.
Jeszcze w Macedonii przyszło nam pokonać pierwszą z większych przełęczy. Kilkusetmetrowy podjazd zdecydowaliśmy się przejechać starą, nieużywaną już drogą. Nawierzchnia była gorsza niż na nowej drodze, ale za to ruch zdecydowanie mniejszy, no i przyjemność z jazdy większa.
Po drodze w Macedonii. Wiele wiosek położonych jest znacznie powyżej doliny w której są po prowadzone współczesne drogi.
W Albanii niżej panowała już wiosna, tymczasem wyżej wciąż było jeszcze sporo śniegu.
Peshkopi - pierwsze większe miasteczko na naszej trasie.
W Peshkopi.
Niedaleko za Peshkopi zaczynał się pierwszy z górskich odcinków naszej trasy. Przed wjazdem próbujemy upewnić się, czy właściwie obraliśmy kierunek ...
... nasz wybór potwierdził się i wreszcie mogliśmy zjechać z asfaltowej drogi i skierować się ku górom - głównemu celowi naszej wycieczki.
Jeszcze u podnóża gór, teren stał się pagórkowaty ...
... droga zrobiła się kręta i pomimo, że średnia wysokość była niezmienna, musieliśmy pracowicie pokonywać każdy jar i poprzeczny grzbiet ...
... pojawiły się pierwsze - bardzo malownicze - podjazdy.
Sielanka.
Pod wieczór czuliśmy się już tak, jak w górach.
Na nocleg zatrzymaliśmy się na malowniczych łąkach. Od drogi oddzielał nas niewielki pagórek i to wystarczyło, aby poczuć swobodę dzikiego biwaku.
Po drodze mijaliśmy wiele małych wiosek, osiedli czy pojedynczych zagród, porozrzucanych na stokach okolicznych gór.
Pamiątkowa fotografia w miejscu pokonywania jednego z wyższych poprzecznych grzbietów. Od lewej: Paweł K., Paweł P., Przemek, Janusz.
A tak powstaje taka fotorelacja.
Z trudem uzyskaną wysokość, przyjdzie nam znowu szybko stracić ... ale za to zjazd górską drogą jest bardzo przyjemny.
W dół.
Podczas wycieczek na Bałkany, zawsze zazdroszczę miejscowym, że niemal w każdej miejscowości, nawet najmniejszej, można się napić doskonałej kawy.
Praktycznie wszędzie gdzie się pojawialiśmy wzbudzaliśmy duże zainteresowanie.
Kolejna osada na trasie naszego przejazdu.
Na górskich drogach królowały samochody dobrej klasy. Inne chyba nie miałyby szans.
Droga, którą jechaliśmy była bardzo widokowa. Zjazd do Radomiry - w tle góry Korab.
Dwa światy !
Aby dotrzeć do wsi Radomira musieliśmy pokonać głęboką dolinę potoku Veleshicës.
Dolina wypływającego z gór Korab potoku Veleshicës.
Kiedy wysoko w górach widać było jeszcze mnóstwo śniegu, w dolinie wiosna rozgościła się już na dobre.
Po pokonaniu doliny, znowu mozolnie odzyskujemy utraconą wysokość. Podczas podjazdu mamy okazję podziwiać malownicze skały opadające kilkusetmetrowymi ścianami wprost do doliny Veleshicës.
Wieś Radomira.
Wyżej i wyżej. Dopiero spoglądając do tyłu widzimy jak duży podjazd za nami. Szczyty ścian skalnych, które wydawały się bardzo wysokie pomału zrównują się z nami - albo my z nimi.
We wsi Radomira.
Wierzby, przypominają sielski krajobraz dobrze znanego nam Mazowsza czy Podlasia - a na tle skalnych ścian wyglądają jeszcze bardziej sielsko.
Góry dokoła są naprawdę wysokie i rozległe.
Po drodze spotykamy wielu przyjaznych ludzi. Każdy nas pozdrawia, chce pomóc, doradzić, zapytać, ... szkoda tylko, że bariera językowa nie pozwala posunąć się poza najprostsze gesty i słowa.
Po minięciu wsi pniemy się w kierunku kolejnej przełęczy.
Na przełęczy spotykamy kolejny kierdel owiec.
Zaczyna się zjazd z przełęczy...
... droga kilometrami ciągnie się po stoku. Miejscami lekko opadając, a miejscami pnąc się ku górze.
Niby płasko, ale ... zanim będziemy mogli pojechać dalej, musimy pokonać kolejną głęboką dolinę. Tym razem jest to dolina potoku Vaut te Çajës.
Po pokonaniu potoku znowu mozolnie pniemy się do góry...
... a lekko nie jest ! (fot. Paweł Kotlarz)
Począwszy od doliny Vaut te Çajës droga ma nieco lepszą nawierzchnię...
... co na kolejnych zjazdach pozwala nam się bardziej rozpędzać.
W pobliżu wioski Domaj wjeżdżamy na drogę, na mapach samochodowych oznaczoną "na żółto" - nawierzchnia pozostaje bez zmian.Tylko ruch się trochę zwiększa.
W Bicaj, nagle pojawia się dziurawy asfalt. W tle masyw Gjalicës (prawie 2500 mnpm).
Takie spotkania to na albańskich drogach chleb powszedni.
We wsi Nangë.
Wreszcie docieramy do Kukës. Po drodze mijamy kolejny lokalny warsztat rowerowy.
Tu także - jak wszędzie - dzieci interesują się wszystkim co robimy.
Wyjazd z Kukës wymaga objechania szerokiego zalewu, powstałego u zbiegu Czarnej- i Białej- Driny.
Znowu pomału pniemy się ku górze, otwiera się pełen widok na zalew.
Późnym wieczorem, po zmroku, niedaleko za Kukës zatrzymujemy się na biwak. W nocy pada deszcz, rano świat jest spowity malowniczymi mgłami.
Mgły są piękne, ale nie wiemy czy wróżą pogodę czy kilka dni deszczu.
Spowite mgłą grzbiety.
Ponad mgłami ukazują się wysokie góry. Tam zmierzamy !
Mgły utrzymują się dosyć długo, dzięki temu droga staje się bardziej malownicza.
Wjechaliśmy na jakiś płaskowyż, krajobraz stał się bardziej swojski.
Korzystając z okazji bliskości granicy, postanawiamy na chwilę wpaść do Kosowa. Droga w kierunku granicy jest właśnie w przebudowie.
Tuż przed granicą, u podnóża granicznych gór natrafiamy na malownicze jeziorko.
Na granicy, po albańskiej stronie - jak zwykle - panuje przyjazna i luźna atmosfera.
Po kosowskiej stronie granicy zaczyna się nowy asfalt. Dzięki temu szybko zjeżdżamy z granicznej przełęczy.
Te same góry od kosowskiej strony wyglądają zupełnie inaczej, jest zielono, pełno kwiatów.
Po drodze spotykamy wiele egzotycznych jak dla nas zwierząt, są to nieznane nam duże jaszczurki, węże, tym razem natrafiliśmy na żółwia - tylko on nie zdążył się schować przed obiektywem.
Aby uniknąć przejazdu główna drogą próbujemy przedostać się polnymi drogami, z braku czasu musimy jednak zrezygnować, drogi kończą się niespodziewanie przy pojedynczych gospodarstwach, a my nie mamy czasu na szukanie właściwej drogi.
Odwiedzamy Dakovicę - klimat i atmosfera panująca w miasteczku sprawiają niezapomniane wrażenie.
Po drodze odwiedzamy kolejny rowerowy warsztat. Z tego co się zdążyliśmy zorientować podobne warsztaty są w każdym miasteczku.
Na rogatkach Dakovicy.
Po krótkiej wizycie w Kosowie znowu pniemy się na kolejną graniczną przełęcz aby wrócić do Albanii. Tym razem mamy do dyspozycji nowy asfalt. Zjazd jest wręcz ekspresowy.
Po drodze do Bajram Curri mamy możliwość podziwiania jednych z najwyższych pasm górskich Alp Albańskich.
Tu także, u podnóża jest sielsko i wiosennie, kiedy wysoko w górach panują jeszcze surowe warunki.
U podnóża Alp Albańskich.
Wejście do doliny Valbonë.
Góry otaczające Bajram Curri.
W tak pięknym miejscu robimy sobie kolejną pamiątkową fotografię. Od lewej: Paweł K., Paweł P., Przemek, Janusz.
Bajram Curri jest położone niemal u stóp gór. Aby tam jednak dojechać czekają nas jeszcze pokonanie dwóch głębokich dolin - czyli dwa duże podjazdy ...
W końcu, nieco już zniecierpliwieni wjeżdżamy do miasta.
Miasteczko jest całkiem przyjemne, zjadamy tam smaczny i obfity obiad, robimy zakupy na dalszą część trasy.
Zbliża się wieczór i pora opuścić gościnne miasteczko.
Wyjazd z miasta obrzydza, zlokalizowane wprost przy drodze miejskie wysypisko śmieci.
Za Bajram Curri, przez kilkanaście kilometrów droga prowadzi malowniczą doliną rzeki Valbonë.
O świcie wsiadamy na prom który kursuje doliną rzeki Drin pomiędzy Fierzë i Komani.
Przystań jest prymitywna, ale prom sprawnie zapełnia się czekającymi autami i punktualnie odbija od brzegu.
Rzeka, spiętrzona tamą w Komani momentami tworzy malowniczy, wąski przełom....
... innym razem rozlewa się szeroko pomiędzy opadające wprost do wody skalne zbocza.
Ponad najbliższymi grzbietami pojawiają się wysokie szczyty górskie - w tym kierunku właśnie zmierzamy.
Przełom Drinu.
Na pokładzie jest zimno i wietrznie. Inni pasażerowie spędzają czas na pokładzie niżej...
... my podziwiamy krajobrazy.
Po nieco ponad dwóch godzinach rejsu wysiadamy w Komani.
Aby wydostać się z przystani musimy przejechać się wykutym w skałach tunelem.
Na drodze dojazdowej do przystani promowej w Komani.
Naszym celem są Góry Prokletije (Przeklęte). Aby ominąć asfaltową drogę, próbujemy przedostać się do doliny Kir górami...
... początkowo droga wygląda nieźle.
Niektóre podjazdy są na tyle strome, że musimy podprowadzać rowery...
... mimo to daje się jechać.
Po pokonaniu lokalnej przełęczy w bocznym grzbiecie, stromo zjeżdżamy do doliny...
...gdzie pokonując górskie strumienie ...(fot. Paweł Kotlarz)
... próbujemy przedostać się dalej. Niestety dalsza droga nie wygląda na taką, która dałoby się pokonać rowerem w rozsądnym czasie. Postanawiamy więc wrócić i objechać tę część gór dookoła.
Przed nami wielokilometrowa droga, ciągnąca się doliną rzeki Drin.
Po drodze ruch jest znikomy - to droga prowadząca w zasadzie tylko do promu. Jest wiele malowniczych miejsc ...
Które podziwiamy podczas krótkich odpoczynków
Kolejny zalew na rzece. Tym razem jest to Liqeni i Vaut të Dejës.
Niby jedziemy doliną ... ale ponieważ co i raz droga pokonuje głęboki jar albo kolejny z bocznych grzbietów - suma podjazdów jest taka, jak byśmy mieli do pokonania jakąś górską przełęcz.
Na przedmieściach Szkodry, przed wjazdem w góry (cel tej części wycieczki) zatrzymujemy się na krótki obiad. Kiedy kończymy ucztę - akurat przejeżdża grupa sakwiarzy z Lublina. To drugie spotkanie na trasie - wcześniej, jeszcze przed Peshkopi spotkaliśmy samotnego sakwiarza z Gdańska. Próbujemy namówić chłopaków, żeby zapuścili się w góry, ale postanawiają trzymać się asfaltu.
Szkoder w zasadzie omijamy bokiem, ale nawet na rogatkach napotykamy kolejny na trasie warsztat rowerowy. Z ciekawości - jak zwykle "rzucamy okiem".
Dolina Kir początkowo jest płaska i rozległa - ale do czasu ! W Mes możemy zobaczyć zabytkowy most (Ura e Mesit).
Poprzedniego dnia przyszło nam jechać górską drogą długo po zmroku, aż znaleźliśmy dogodne (choć trochę płaskie i ukryte) miejsce do noclegu. Rano okazuje się, że spaliśmy w bardzo malowniczym miejscu, "wprost" nad strumieniem.
Aby z miejsca biwaku wydostać się znowu na drogę musimy pokonać stromy i zakrzaczony stok.
Droga w dolinie Kir.
Góry dookoła stają się coraz wyższe, zbocza bardziej strome, my tymczasem nadal pozostajemy na podobnej wysokości. Wróży to stromy i wysoki podjazd na przełęcz.
Nawierzchnia drogi bywa różna, ale najczęściej przypomina dno górskiego strumienia - luźne otoczaki, żwir, ostre kamienie. Ciężko się jedzie po takiej drodze.
Droga w Dolinie Kir.
Komunikacja jest dobra, często mijamy busy kursujące doliną.
Droga momentami wiedzie wprost przy strumieniu, momentami wspina się wysoko na stok, aby po chwili znowu opaść do poziomu strumienia.
Po drodze mijamy wiele starych, kamiennych domów.
Dolina Kir.
Ruch na drodze momentami przekracza nasze wyobrażenie o górskich drogach. ...
... kierowcom bez problemu udaje się wymijać bez strat.
Droga w dolinie Kir, mijamy kolejny boczny jar.
Po kilkunastu kilometrach pokonanych w głębokiej dolinie, zaczynamy zyskiwać wysokość.
Naszym oczom ukazują się wyższe szczyty i górskie osiedla.
Droga wspina się coraz wyżej i wyżej ...
... pomału dolina zaczyna chować się poniżej naszych kół.
My jednak nadal pniemy się do góry.
Droga miejscami jest bardzo malownicza ...
... urzekając nas samym swoim przebiegiem w terenie, ale także ...
... widokami jakie się z niej rozlegają. Wreszcie okazuje się, że szczyty okalające doliną, które wydawały się być wysoko, poza naszym zasięgiem, równają się z nami swą wysokością. A końca podjazdu nie widać.
Po pokonaniu pierwszej z przełęczy widzimy co jest po drugiej stronie gór.
Przed nami zjazd do doliny Shalë.
W dolinie - znowu jest wiosennie...
... życie toczy się swoim, odwiecznym tempem.
Po osiągnięciu dna doliny, czeka nas kilkanaście kilometrów przejazdu doliną.
Po drodze w dolinie Shalë mamy okazję podziwiać naprawdę przepiękne widoki.
W dolinie Shalë.
Boczna dolina.
Wjeżdżamy do Parku Narodowego Teth.
Przed Teth mamy do pokonania wąski, ale malowniczy wąwóz.
W wąwozie przed Theth. (fot. Paweł Kotlarz)
Wreszcie, po niemal całym dniu jazdy docieramy na skraj niecki w której położone jest Teth.
Dolina w Teth.
Szkoła w Teth.
Sklep w Teth. ... udało się kupić przeterminowane piwo.
Dzieciaki w Teth koniecznie chcą spróbować jazdy na takim rowerze.
Jeszcze tego dnia opuszczamy gościnne Teth i rozpoczynamy wspinaczkę na kolejną przełęcz.
Droga szybko wznosi się do góry, ale ...
... oglądając okoliczne góry, spodziewamy się dużego podjazdu.
Na biwak docieramy już przy świetle księżyca.
Księżyc w pełni dodaje uroku górom i naszemu biwakowi.
Biwak z widokiem !
Rano kontynuujemy wspinaczkę, szybko pojawia się zapowiedź śniegu.
Niemal z każdego odcinka drogi roztaczają się malownicze widoki na otaczające nas wysokie szczyty.
Droga pnie się coraz wyżej i wyżej ...
... jeszcze można jechać, ale ...
... w końcu docieramy do śniegu, przez który nie sposób przejechać.
Pchamy więc mozolnie rowery po śniegu do góry.
Wbrew pozorom jest to bardzo męczące i wyczerpujące zajęcie.
Chwilowo, na niektórych, bardziej nasłonecznionych odcinkach drogi śnieg nam odpuszcza....
... by po chwili znowu zagrodzić nam drogę.
Nie poddajemy się i pomału zdobywamy wysokość.
Im wyżej tym bardziej surowo i górsko ...
... miejscami daje się wygodnie jechać.
Po pokonaniu przełęczy ukazują się nam nowe widoki ...
... a i śnieg chwilowo znowu odpuszcza.
Zadowoleni z pokonania przełęczy, robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Od lewej: Paweł P., Przemek, Janusz i Paweł K.
W pewnym momencie spotykamy coś czego się nie spodziewaliśmy, oto ekipa drogowców odśnieża drogę od strony Bogë. Ich zdziwienie na nasz widok jest jednak chyba większe niż nasze.
Po odśnieżonej drodze jedzie/pcha się łatwiej ...
... mimo to, nie jest to taka jazda jak po suchej nawierzchni.
Nieco niżej jest juz całkiem przejezdna droga.
Widokowo to cudowna droga ...
... i jeszcze jeden widoczek !
Po drodze spotykamy poznanych na promie Austriaków. Nie udało im się pokonać przełęczy postanowili więc wrócić.
A przed nami długi zjazd ...
... początkowo jeszcze w śnieżnej scenerii ...
... z pięknymi widokami.
Ale już niżej gorąco daje znać o sobie.
Tylko rzut oka wstecz, za siebie, przypomina o śniegu.
W Bogë zaczyna się nowy asfalt, zjazd jest więc ekspresowy.
Coś nas jednak ciągnie na powrót w góry, porzucamy więc wygodny, asfaltowy zjazd, i ... zaczynamy wspinaczkę na boczny grzbiet, okalający od zachodu dolinę którą zjeżdżaliśmy.
Podjazd w rzeczywistości jest trudniejszy niż to się mogło wydawać na oko, jest gorąco, ale ...... za to krajobrazy wciąż są malownicze.
Po drodze, we wsi Vrith zatrzymujemy się aby przepłukać zakurzone i rozgrzane gardła, oczywiście od razu zapoznajemy się z mieszkańcami.
Klimaty z wysokogórskich robią się ... południowe.
Aby przebić się na drugą stronę gór, musimy pokonać odcinki górskich dróg, wg miejscowych nieprzejezdne dla roweru. I rzeczywiście, momentami tak jest ...
Ale przecież nie będziemy prowadzić rowerów - jednak i po takiej drodze daje się jechać z sakwami.
Ku naszemu zaskoczeniu, na drodze - której miało nie być - spotykamy wielu ludzi.
Co prawda zjazdy bardziej przypominają rodeo niż turystykę rowerową - najważniejsze jednak, że posuwamy się do przodu.
Po kluczeniu kamiennymi dróżkami i ścieżkami docieramy do Bratosh.
W Bratosh droga robi się trochę lepsza ...
... i całkiem już wygodnie wyruszamy w kierunku Starje.
Jak w górach !
Chyba wreszcie przebiliśmy się do Rrapshë-Stare, jeszcze tylko kawałek zjazdu ... W tle czarnogórskie szczyty (chyba Komovi).
Jesteśmy trochę zmęczeni, zanim więc pojedziemy na poszukiwanie biwaku musimy choć chwilę odpocząć i coś przekąsić.
My jedziemy na poszukiwanie miejsca na biwak, tymczasem miejscowi, sprowadzają na noc swoją chudobę.
Wieczorem jak co dzień spędzamy czas przy ognisku.
Biwak założyliśmy na skraju potężnego kanionu.
Widok robi wrażenie, mieliśmy zamiar tym kanionem wyjechać z Albanii, ale ponieważ to ostatni dzień i możemy nie zdążyć ...
... (kilka stromych, kilkusetmetrowych podjazdów i kiepska nawierzchnia) ...
... na pociąg, pozostaje nam więc podziwianie kanionu z góry.
Postanawiamy pojechać nad Adriatyk i wracać przez Bar. Szybki zjazd, momentalnie wyprowadza nas z gór...
... które pozostają już tylko wokół nas.
Nieciekawą drogą asfaltową docieramy do Szkodry, przez którą przejazd - z uwagi na panujący tam drogowy rozgardiasz jest naprawdę wielkim i niezapomnianym przeżyciem, po krótkim posiłku wyjeżdżamy wreszcie w kierunku Czarnogóry ......
... za nami ruiny Szkoderskiej twierdzy.
Na pograniczu albańsko-czarnogórskim.
Przydrożne źródełko.
Widok na Bar.
Zanim wsiądziemy do pociągu, pośród palm, jedziemy na nabrzeże aby się wykąpać w Adriatyku.
Przy nabrzeżu cumuje wiele jachtów.
Nad Adriatykiem. Paweł K., Przemek, Paweł P., Janusz.
Odświeżeni po kąpieli możemy wracać do domu ...
... jeszcze tylko małe zakupy na pierwszy kawałek drogi i ...
... można wsiadać do pociągu (fot. Paweł Kotlarz).
W drodze powrotnej rowery znowu jadą na półkach jako bagaż podręczny...
... kilka razy przychodzi nam się przesiadać - wtedy cały nasz dobytek musimy jakoś ze sobą zabrać (fot. Paweł Kotlarz) ...
... po kilku szybkich przesiadkach mamy w tym coraz więcej wprawy.
Poniedziałek, Warszawa, Dworzec Zachodni - pora po raz ostatni na tym wyjeździe złożyć rowery i ... pojechać prosto do pracy.
Wycieczka przebiegła niemal bezawaryjnie. W zasadzie tylko rozdarta opona, kilka gum, dwie wyłamane szprychy. Jedną z poważniejszych awarii - biorąc pod uwagę górski charakter wycieczki - było zerwanie się bolca, który unieruchamia ramię hamulca w piwocie. Awarię tę udało się naprawić - jak na załączonej fotografii. Po usunięciu resztek bolca, w otwór została wciśnięta zapasowa szprycha (niemal identyczna średnica), a całość została unieruchomiona przy pomocy małego cybanta. Próba unieruchomienia za pomocą drutu (bez cybanta) nie udała się - siła była tak duża, ze drut po prostu się zrywał.
Naprawa uszkodzonego hamulca.