Po kilkugodzinnej podróży pociągiem w końcu wysiadamy w osadzie Wowczyj.
W Wowczym.
Drogę do grzbietu zagradza nam rzeczka Wecza. Woda w niej zimnaaaaa...
...ale Tatusiowie są bardzo dzielni...
... a i Mamy dają radę.
Po przeprawie dzieci musiały poczekać aż rodzicom wróci czucie w stopach.
Pierwsze metry podejścia pokazują, że będzie stromo.
I jest.
Piękny...
...złocisty...
...las rekompensuje trochę trud zdobywania kolejnych metrów.
Pierwsze przewyższenie zaliczone.
Zasłużony odpoczynek.
I dalej wśród złocistych klonów, buków i jaworów.
Wieczorne ognisko.
Poranek jest ciepły.
Jedzonko się gotuje, ognisko grzeje.
Ciężko jednak się obudzić.
I znowu do góry.
Prawdopodobnie resztki cmentarza z I Wojny Światowej.
Przedzieranie się przez maliny wyższe dwa razy wcale nie jest proste.
Nawet najwyższego Kubusia kryją z głową.
Kuba "walczy".
Noemi ze wsparciem Taty.
W końcu wychodzimy ponad linię lasu.
Rozległe widoki...
... i rozległe połoniny.
Karpacki "ułan".
Wędrówka.
Widać już najwyższe partie Borżawy.
Tę piramidę trzeba zdobyć.
Noemi i Kuba.
Za rączkę pewniej a i pogadać sobie można.
Na trawersie Zeniowej.
Na grzbiecie szerokie koleiny drogi.
Podejście pod pierwszy stożek jest strome.
Na podejściu.
Ostatnie metry podejścia.
Na szczycie kiełbaska i siły wrócą.
Do Stoja już niedaleko.
Trochę w dół.
Z pięknymi bliskimi ...
... i dalekimi widoczkami.
"Na grani".
Podejście na szczyt Stoja (Stoha).
Resztki po radarach.
"Mamo, mamo śnieeeg!"
Nasza dalsza trasa.
Zdobywcy Stoja (Stoha 1679). Od lewej: Pablo, Kuba, Michał, Kasia, Noemi, Sławek, Justyna.
Oprócz quadów spotkaliśmy też motocyklistów.
Wędrówka grzbietem.
Grzbiet Borżawy.
Po odpoczynku ruszyliśmy na szczyt Wielkiego Wierchu (1598).
Podejście nie było długie ale widoki bardzo malownicze.
Pod słońce ...
... i ze słońcem.
Ciekawe opowieści umilały wędrówkę.
Rodzinne wędrowanie.
Górski widoczek.
Trzej panowie w górach.
Słońce powoli zaczęło się chować.
Na połoniny spłynął cień i mróz.
Kuba niesie drewno na ognisko.
Po zachodzie słońca.
Nocleg wypadł nam na połoninie u podnóża Wielkiego Wierchu.
Bardzo zimno nie było...
...ale czapki i rękawiczki obowiązkowe. I ogniseczko z przyniesionego na własnych plecach drewna.
Pora ruszyć w dalszą drogę.
Kuba na połoninie.
Stoj - rano powietrze nie było przejrzyste.
Wędrówka połoniną.
Miło tak sobie pochodzić po śniegu.
"Ekipa".
I znowu trochę w dół.
"Wujek, a wie wujek, że ...."
Synek i Tata.
Pora trochę zwilżyć gardło.
Tata i synek.
Za nami Żydowska Magura.
Raz widoki bardziej górskie.
Raz bardziej płaskie.
Podejście na Kyczerę.
Po dwóch dniach znowu spotykamy buki.
W bukowy lesie.
"Lód!" Łamać i dziubać.
Wieczór cichy i spokojny choć to Halloween.
Dzieciaki przy ognisku.
Kuba z Tatą śpią przy ognisku.
Rano wyruszamy dość wcześnie.
Trzeba złapać jakiś transport powrotny.
Schodzimy do cywilizacji.
Chałupa we wsi Tuszka.
Ale jeszcze trochę trzeba podłoić.
Schodzimy do wsi Łozańskie.
Góry żegnają nas pięknym bukiem.
Górna część wsi Łozańskie.
Nawet psy na nasz widok traciły pewność siebie i nie szczekały.
Odpoczynek w sklepo-barze.
Cerkiew we wsi Łozańskie.
W tym autobusie nasze dzielne dzieci spędziły ponad pięć godzin. Tu rozprostowujemy nogi w Dolinie.
Nad Połoninie Borżawa. Od lewej: Paweł, Kuba, Justyna, Michał, Kasia, Noemi i Sławek. Dziękujemy za odwiedziny i pozdrawiamy Was serdecznie. Wybierając zdjęcia do publikacji staraliśmy się pokazać jak było na wycieczce. Mamy nadzieję, że się Wam podobało! Szczegółową kronikę tej wycieczki, jak również innych klubowych wycieczek, można znaleźć na naszej klubowej stronie WWW: http://www.klub-karpacki.org . Zapraszamy ponownie!