Na rozruszanie się wybieramy się na Luboń Wielki.
Atrakcji nie trzeba długo szukać - wystarczą śliskie jak diabli, zamarznięte koleiny.
Pniemy się do góry, ...
... każdy na swój sposób.
Zwalone drzewo - no, wreszcie coś ciekawego po drodze. Można spróbować przejść górą ...
... lub dołem.
Na płaskim odcinku grzbietu, można dać chwilę wytchnienia małym nóżkom.
Pamiątkowa fotografia przed schroniskiem na szczycie Lubonia Wielkiego (1022).
Po zdobyciu szczytu, zasłużony zjazd na sankach.
Zjazd ... ze wspomaganiem na płaskich odcinkach.
Wieczorne "gry i zabawy".
Parafrazując słowa znanej piosenki: "wsiąść do busa bylejakiego" - tak rodzą się plany codziennych wycieczek.
"Rumuńscy pasterze" w wersji zimowej.
Malownicze grzbieciki nad Ponicami.
Michał podchodzi własną drogą.
Wspinaczka na grzbiet.
W trudnych chwilach trzeba pospieszyć z porcją dodatkowej motywacji.
Na trawersie.
Zimowy las.
Wszystkiego w życiu trzeba kiedyś spróbować.
Tup, tup, tup, ... idą małe nóżki.
Rodzinna współpraca.
Rozbijanie lodu kijami trekingowymi - super zabawa! ...
... w co by tu jeszcze postukać?
Elementy edukacyjne podczas wycieczki.
Fajnie się chodzi po lodzie ...
... ale trzeba osobiście sprawdzić czy lód naprawdę jest śliski.
Pod schroniskiem na Maciejowej.
Taki sobie zimowy landszafcik.
Babia Góra nie zrobiłaby na dzieciach takiego wrażenia, gdyby nie jej nazwa - "Diablak".
Pamiątkowa fotografia po zdobyciu Maciejowej.
Pogoda dopisuje, wczesna pora, są chęci do dalszej wędrówki - no to idziemy na Stare Wierchy.
Trochę na sankach, ...
... a trochę nóżkach.
Zima.
Chłopaki przy drogowskazach pod schroniskiem na Starych Wierchach.
I jeszcze z bliska: Michał, ...
... i Kuba.
Kiedy wyruszamy ze schroniska dzień chyli się już ku końcowi.
Nadal jednak możemy podziwiać rozległe widoki, na Tatry ...
... i na Beskidy, wraz z ich Królową - Babią Górą (Diablakiem).
Do Ponic docieramy już grubo po zmroku.
Rabka - miasto dzieci!
Wiatr w twarz nie zachęca do wędrówki.
Popasul.
Idziemy do góry ... ale jakoś trudno dzisiaj wykrzesać z siebie entuzjazm do wspinaczki.
Na zachętę robimy orły i aniołki w śniegu ...
... ciągniemy dzieci na sankach, ...
... ale dopiero schroniskowa szarlotka dodaje zapału.
Ooooo iglo! Trzeba wypróbować jak śpią Eskimosi.
Po wycieczkowych atrakcjach - nie ma to jak krótka drzemka.
Jakoś nigdy nie mamy okazji zobaczyć Rabki za dnia. Zwiedzamy więc "Miasto dzieci" po zmroku.
Przed zdobyciem najwyższego szczytu Gorców trzeba się chwilkę pobawić patyczkiem.
Przed nami długa droga. Pełna mobilizacja na podejściu.
Wędrówka za rączkę jest bardziej efektywna, ale za to strasznie męcząca.
Kolejna porcja smacznych kalorii na zachętę do dalszej wędrówki.
Szałas - idziemy go zobaczyć.
Nowi gospodarze szałasu.
Pora iść dalej.
To ja - Michał!
Czekamy!
Przegryzka.
Z gorczańskich polan roztaczają się wspaniałe widoki na Tatry.
Zbliżamy się do szczytu Turbacza.
Na szczycie Turbacza (1310).
Zasłużony żurek w podszczytowym schronisku.
Szczyt szczytem, ale prawdziwy bajer to kiść balonów zdobytych w schronisku.
Większość balowiczów wracała wynajętymi podwodami, nam przyszło wracać na własnych nogach.
Z górki na pazurki - czyli zejście z Turbacza.
I po balu ... Przed nami nowy, 2011 rok. Życzymy wszystkim naszym przyjaciołom, znajomym, oraz sympatykom, aby ten rok był lepszy od poprzedniego. Wielu udanych wycieczek - sobie i Wam życzą na ten Nowy Rok: Kuba i Michał wraz Justyną i Pawłem.