Bologa. Po długiej podróży wreszcie wyruszamy w góry.
Zanim wyjdziemy na odkryty grzbiet, czeka nas przeprawa przez mokry i kolczasty "krzal" oraz wspinaczka stromą, śliską "ścianką".
Rankiem na biwaku.
Pomału pniemy się do góry.
Dla Adriana to pierwsze podejście w życiu.
Pomału zdobywamy kolejne metry podejścia.
Trzej panowie P.
Dla dorosłych to tylko stogi siana, dla dzieci miejsce do dobrej zabawy.
Zbliżamy się do rozłożonej szeroko na stokach wioski Vişagu.
Vişagu. Odpoczynek w miejscowym "sklepobarze".
Niedziela w Vişagu.
Pora wspiąć się jeszcze wyżej.
Owieczki pod Dl. Bănişorului.
Pogoda jest zmienna, to świeci słońce, to znowu pada deszcz.
Robi się naprawdę górsko - łączki, świerki.
Górski lanszaft.
Na szlaku.
Na trawersie Vf. Teşiturilor.
Na Dl. Stânişoara. Mamy ochotę na ciorbę w cabanie Vlădeasa ale skończyło się na herbacie i mirindzie.
Mokry biwak powyżej Cabana Vlădeasa.
Rankiem pogoda jest łaskawa - nie pada deszcz.
Przy śniadaniu.
W drodze na grzbiet Vf. Vlădeasa.
Grzbiet Vf. Vlădeasa jest spowity mgłą.
Pamiątkowa fotografia na szczycie Vf. Vlădeasa (1836). Od lewej: Justyna, Michał, Kuba, Adrian i Paweł.
Na grzbiecie Vf. Vlădeasa.
Zdobytą z takim trudem wysokość szybko tracimy na stromym zejściu w lesie.
Las jest zielony, mokry i błyszczący.
Na Între Munţi.
Odpoczynek.
Pierwsze, ale nie ostatnie na naszej drodze stado swobodnie pasących się koni.
Bliskie spotkania z końmi robią na dzieciach duże wrażenie.
Błoto jest fajne do zabawy, ale na dłuższą metę znacznie spowalnia i utrudnia wędrówkę.
Poidło. Każdy chce spróbować jak się z niego korzysta. Pierwszy próbuje Michał, ...
... następnie Kuba, ...
... a jak wszyscy to i Adrian.
Wraz z upływem dnia robi się coraz bardziej mokro. Momentami leje całkiem przyzwoity deszcz.
Przez mokry las.
Miejscami droga robi się fajnie kamienista.
Niektóre kałuże łatwiej pokonać po prostu przenosząc dziecko.
Przejście przez leśną polanę.
Kuba zostaje w tyle ale potem dogania.
Kamieniste podejście.
Wszyscy mimo deszczyku dzielnie łoją.
Przejście przez strumień.
Michał.
Adrian.
Pokonywanie strumienia to dla dzieci naprawdę super przygoda.
Kręcący się obok styny szczeniaczek od razu zaskarbia sobie u dzieci wielką sympatię.
Znowu wychodzimy na grzbiet.
Wieczorem na biwaku.
Śniadanie.
Zabawa w konika.
Wspinaczka na skały Piatra Tâlharului.
Na szczycie Piatra Tâlharului.
Chwilę po zrobieniu zdjęcia dzieci już rozpełzły się w różnych kierunkach.
Drogowskaz przy skałach Piatra Tâlharului.
Grunt to wygodne łóżko do spania.
Bawimy się w konika ciągnącego wóz.
Za Vf. Briţei (1759).
Na grzbiecie.
Przejście przez mokre trawy natychmiast powoduje, że spodnie i buty są całkiem mokre.
Zejście na płaskowyż Padiş.
Kuba i Adrian na zejściu.
Şaua Vărăşoaia,
Malownicza sceneria w Padiş.
Droga w Padiş.
Odpoczynek pod Cabana Vărăşoaia.
Nie można ominąć takiej okazji.
Kolejny strumyk do pokonania.
Znowu zrobiło się mokro.
Górska droga
Alternatywny sposób transportu dziecka - "na owcę"
Świat wokół przesączony jest wilgocią.
W zasadzie wody nie trzeba omijać. W butach chlupocze praktycznie przez cały czas trwania wycieczki.
Chłopaki próbują pobawić się z rumuńskimi dziewczynkami.
Centrum turystyczne Padiş.
Pod wieczór się wypogadza.
Wieczorne gry słońca i chmur.
W drodze na biwak mijamy kilka styn.
Każda styna wzbudza spore zainteresowanie.
Akurat jest pora dojenia owiec i można podpatrzeć jak to się odbywa.
Owce do dojenia zagania młody chłopak.
Liczne pieski bacznie obserwują nasze poczynania.
Wydeptanymi przez owce, wznoszącymi się trawersami wychodzimy na dogodne miejsce na biwak.
Po dwóch dniach porannych mgieł na reszcie jest widok :)
Baranek bacznie się nam przyglądał.
Praca fotoreportera.
Ten pasterz nie był zadowolony zobaczywszy stadko naszych dzieci, zbliżające się do stada jego owiec.
Powyżej biwaku spotykamy kolejne stado wolno pasących się koni.
Każdy mały człowiek by chciał, aby wielki koń jadł mu z ręki...
Karmimy koniki.
... no i udało się!
Masywne cielsko Vf. Vlădeasa (1836). Kiedy tam byliśmy, widzialność nie przekraczała kilkunastu metrów.
Vf. Cucurbăta Mare (Nagy Bihar) (1848) - najwyższy szczyt Gór Bihorskich.
Na trawersie.
Vf. Cucurbăta Mare (Nagy Bihar) (1848).
Wędrujemy bardzo malowniczymi okolicami.
Styny, stada owiec, krów, koni, łączki i świerki.
Pomimo, że na naszej drodze spotykamy wiele stad wolno pasących się koni, każde z nich, wzbudza duże zainteresowanie u dzieci.
Trawka wygryziona - widoczki kojące.
Dziś dzieci zamieniły nam się w żołnierzy - Michał atakuje.
Krótkie podejście nieco zwalnia impet ataku.
Kolejny sielski widoczek.
Dzięki postawie naszych małych żołnierzy dolinę zdobywamy szybko.
Mijamy kolejne stado owieczek i piesków.
Owcze zadki.
"Kuba pokaż co znalazłeś..."
Mama i synek.
Dwa czerwone grzybki.
Capu Şanţului.
Tam niedawno byliśmy.
Przebijamy się przez D. Căteilor.
Pada coraz mocniej...
...ale humory dopisują.
Postój nie służy do odpoczynku, postój służy do zabawy.
Letnie domki na grzbiecie.
Krótkie podejście.
I kolejne domki.
Na trawersie Vf. Clujului (1399).
Grzbiet nad Poiana Marşoaia.
Poiana Marşoaia.
Kuba po drodze znajduje wiele skarbów. Największe z nich to podkowy. Prawdziwym rarytasem okazuje się być zapalniczka, którą podczas odpoczynku, wspólnie próbujemy przywrócić do działania.
Rodzinna wędrówka.
Wychodzimy na D. Stauin.
Maszeruje wojsko, maszeruje...
Nie samą wędrówką człowiek żyje. Przed wyruszeniem z kolejnego biwaku, trzeba trochę porysować.
Od rana pogoda nas rozpieszcza.
Droga pod Dl. Coachii (1415).
Kałuże to kolejna atrakcja.
Jagód na tej wycieczce dane nam było skosztować całkiem sporo. Nie mogło więc i ich zabraknąć w fotorelacji.
Błoto na rozjeżdżonej górskiej drodze.
Pod szczytem Vf. Lămăşoaia (1578).
Kolejne ciekawe zwierzęta napotkane po drodze.
Kto zrobi lepszą minę?
Takiego okazu nie sposób nie zabrać ze sobą na wieczorny sos.
Sprawdzamy czy da się podpalić siano przy pomocy soczewki skupiającej promienie słońca.
Bo przed podejściem trzeba na chwilę przysiąść.
Mozolne podejście z przełęczy na grzbiet Dl. Neteda.
Na grzbiecie Dl. Neteda.
Letniarki w górnych partiach doliny Valea Neteda.
Znowu zaczęło padać.
Kolejna osada letniarek.
Leje całkiem konkretnie.
Kuba.
W końcu nadchodzi przejaśnienie.
Na rozległych halach Vf. Balomireasa (1632).
Kopuła szczytowa Vf. Balomireasa (1632).
Jest chłodno i wilgotno ale nie pada.
Znowu słoneczny poranek ale skutki opadów trzeba omijać.
Piękna droga przez las.
W tej części grzbietu napotykamy wiele wiatrołomów. Dla dziecka to naprawdę poważna przeszkoda.
Opuszczona osada letniarek.
Kuba jak zawsze idzie z tyłu, Michał dogania.
Kuba z kolejną "zabawką".
Michał pozuje.
Na grzbiecie jest mnóstwo kałuż i błota, które musimy szeroko omijać...
... niektórych z nich nie sposób ominąć.
Letniarki pod Vf. Smidele (1644).
Chwila przytulań - też potrzebna wszystkim.
Droga pod Vf. Piatra Groşilor (1756).
Wspinamy się na wierzchołek Vf. Piatra Groşilor (1756).
Na wierzchołku Vf. Piatra Groşilor (1756). W tle masyw Muntele Mare (1826).
Poza rejonem Padiş w ogóle nie spotykamy innych turystów. Tymczasem pod Vf. Prislop (1728) trafia się ekipa rowerzystów.
Po krótkiej rozmowie każdy rusza w swoją stronę.
Na trawersie Vf. Prislop (1728).
Panorama Muntele Mare (1826).
Na szczycie Vf. Muntele Mare (1826).
Glukoza - paliwo dla zziębniętych wędrowców.
Rozległe przestrzenie na grzbiecie masywu Muntele Mare.
Szałas pod Vf. Neteda (1784) - sprawdzamy czy przypadkiem nie dałoby się w nim przespać.
Po krótkim odpoczynku przy szałasie ruszamy w dalszą drogę.
Przestaje padać i znowu coś widać.
Kiedy deszcz przestaje padać - wracają dobre humory.
Na biwaku odwiedza nas pasterz. Z ciekawością przygląda się przygotowaniom do noclegu oraz - jak niemal każdy ze spotkanych po drodze ludzi - nie może nadziwić się obecności małych dzieci. Przed pożegnaniem pociągamy kilka łyków cujki.
Droga w dół jest długa, męcząca i ... błotnista.
Kiedy wreszcie wychodzimy z lasu, znowu jesteśmy pośród letniarek.
Kierunek w dół do valea.
Sielski krajobraz u podnóży masywu Muntele Mare.
Ach te rumuńskie grzbieciki!
Na zejściu.
Wieczorem na biwaku odwiedzają nas niecodzienni goście.
W drodze powrotnej robimy sobie przerwę na nocleg.
Podczas kiedy dorośli zwijają biwak, dzieci skutecznie zajęte są rysowaniem.
Schodzimy w roztaczające się pod nami morze mgieł.
Tuż nad wsią spotykamy pasące się stado ...
... oraz zdziwionych naszym pojawieniem się pasterzy.
Jak w piosence: "pora już wracać do domu".
Żeby nie było wątpliwości, że byliśmy w Rumunii - pamiątkowa fotografia przy rumuńskiej fladze. Dziękujemy za wizytę i obejrzenie fotorelacji. Mamy nadzieję, że się Wam podobało! Szczegółową kronikę tej wycieczki, jak również innych klubowych wycieczek, można znaleźć na naszej klubowej stronie WWW: http://www.klub-karpacki.org . Zapraszamy ponownie!