O świcie pierwsza przesiadka w Kutach (Słowacja).
Czekamy na nasz pociąg. Każdy na swój sposób.
Czas upływa pomału, kolejnymi łykami.
Wsiadanie do pociągu, z dziećmi i z całym ekwipunkiem nie jest sprawą trywialną. Szczególnie w sytuacji, kiedy pociąg zatrzymuje się na stacji tylko na chwilkę.
36 godzin w pociągach - jakoś trzeba sobie radzić.
Belgrad - kolejna szybka przesiadka.
Zbliżamy się do Veles. Pora zacząć przygotowywać ekwipunek do wyładunku.
Veles. To już koniec podróży.
Jadąc rowerem z dzieckiem, trzeba być przygotowanym na znacznie więcej postojów na trasie.
W drodze - Macedonia.
Odpoczynek i krótki posiłek pod sklepem ....
... to okazja dla dzieci, aby się trochę pobawić.
Wjeżdżamy w góry. U podnóży droga ma przyzwoitą, asfaltową nawierzchnię.
Pierwsze spotkanie z miejscową fauną. Czy mnie nie ugryzie ?
Zaczyna się mozolna wspinaczka na przełęcz.
Im wyżej, tym droga staje się bardziej kamienista i wyboista ...
... ale za to widoki są coraz bardziej rozległe. Otaczają nas imponujące szczyty.
Zdobycie przełęczy Prisad (1090 m), po pokonaniu łącznie ponad 1000 m podjazdów, zajęło nam sporo czasu. Pora na krótki odpoczynek i posiłek.
Zjazd jest znacznie bardziej przyjemny niż podjazd.
W drodze.
W Prilepie jest okazja do poznawania nowych smaków.
Po niemal całym dniu jazdy przez góry i w upale, smakowicie wyglądają miejscowe przysmaki ...
... od razu na myśl przychodzą wspomnienia z poprzednich wycieczek na Bałkany.
Długo ucztujemy i robi się późno. na nocleg wyjeżdżamy za miasto. Dzieci usypiają w swoich fotelikach już podczas jazdy - nie ma więc sensu ich budzić podczas rozbijania biwaku. Obudzą się rano - wyspane i wypoczęte.
W stronę Bitoli. Lokalnymi drogami omijamy ruchliwą i hałaśliwą autostradę.
W Bitoli, przed czekającymi nas w drodze do Albanii górskimi przełęczami, robimy sobie krótki odpoczynek. Od razu zapuszczamy się w starą, muzułmańską część miasta.
Poznawania smaków ciąg dalszy.
Jeszcze tylko runda po mieście w ramach zwiedzania ...
... i można uciąć sobie południową drzemkę.
Pokonywanie dwóch przełęczy, w upale było na tyle męczące, że nie ma sensu tego wspominać. Znacznie przyjemniejszy jest zjazd w kierunku Jeziora Prespanskiego.
Ciekawe, czy żółw "przebiegający" drogę przynosi szczęście czy pecha? Ratujemy go jednak, przed śmiercią pod kołami samochodów.
Każdy musi własnoręcznie przekonać się czy to prawdziwy żółw.
Prespansko Ezero.
Miejscami, droga wiedzie nad samym brzegiem jeziora.
Kierunek jest słuszny. Albania!
Na granicy Stenje-Goricë.
Wreszcie docieramy do Albanii. Łódki na jeziorze wróżą rybną kolację.
Próbujemy jak smakują ryby z Prespanskiego Jeziora.
Chyba nie są takie złe, bo dzieci nie trzeba namawiać do zjedzenia obiadokolacji.
Niezła była wyżerka!
Teraz, po jedzeniu, to byśmy się trochę pobawili.
Na biwak, docieramy po zmroku. Tym razem dzieci jeszcze nie śpią i muszą chwilę poczekać, aż staną namioty i będzie można się położyć spać.
Pierwsza noc w Albanii ...
... ciekawe co się przyśni.
Rano jest wspaniała pogoda a i widoki z namiotu są bardzo malownicze.
Rankiem na biwaku.
Biwak w świetle wschodzącego słońca.
U podnóża naszego biwaku.
Pora się zwijać ...
... i ruszać w dalszą drogę.
Po zwinięciu biwaku, wracamy do drogi.
Wyspa.
Od przejścia granicznego wybudowano nową drogę.
Nawierzchnia jest sielankowa - jak na Albanię, za to upał i nachylenie pod górę - w normie.
Wreszcie przełęcz 1140.
Po pokonaniu przełęczy, jedziemy malowniczymi stokami gór opadających do Jeziora Prespańskiego.
Szachownice pól.
Wioska nad jeziorem.
Fotostop.
Asfaltu starczyło tylko na kawałek drogi, dalej jest już klasyczna, albańska droga.
Przed nami kolejna przełęcz, pomału zaczynamy nabierać wysokości.
Nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do takich upałów. Nic więc dziwnego, że pić się chce.
W pobliżu przełęczy Če Zvezdes (ok. 1110 m) napotykamy na przykład klasycznego sposobu podróżowania.
Jeszcze tylko parę metrów podjazdu.
Na przełęczy jest sporo bunkrów, które stały się już chyba jednym z symboli Albanii. Kuba "zdobywa" jeden z nich ...
... "wujkowie" nie mogą być gorsi.
Bunkier zdobyty.
Pamiątkowa fotografia na przełęczy. Od lewej: Szymek, Paweł i Kuba, Michał i Justyna, Przemek, Janusz i Paweł.
Zjazd z przełęczy jest stromy. Droga wiedzie serpentynami. Po drodze jest kilka kamieniołomów, co wpływa na pogorszenie nawierzchni.
Albańskie klimaty.
Po kilkunastu kilometrach jazdy nieciekawą, asfaltową szosą, docieramy do Korczy. Tam - oczywiście - najpierw coś przekąszamy.
Potem zapuszczamy się na miejscowy bazar.
Mało które miejsce, tak dobrze oddaje charakter odwiedzanych miejscowości jak bazar. Które muzeum byłoby tak żywe i dało tyle wrażeń?
Korcza - w poszukiwaniu czegoś na deser.
Wreszcie są, zasłużone lody!
Full serwis.
Maliq. ... wystarczy na chwilę się zatrzymać, aby zyskać nowych - i licznych - znajomych.
Za Maliq wreszcie wjeżdżamy w góry. Czeka nas kilkadziesiąt kilometrów przełomowej doliny rzeki Devoli. Początkowo droga jest wygodna i ... cały czas w dół.
Na szczęście asfalt szybko się kończy i robi się "górsko".
Droga w przełomowej dolinie rzeki Devoli.
Przełom Devoli.
Na drodze w przełomie Devoli natrafiamy na stada owiec, kóz, krów, ...
... niektóre owce, bardzie przypominają kozice.
Spotkanie z pasterzem.
Droga w przełomie Devoli.
Wiszący most nad rzeką Devoli.
taki most to wspaniała atrakcja dla dzieci ...
... które wykorzystają każdą okazję aby się trochę pobawić. Nie trzeba do tego wyszukanych zabawek, wystarczy parę kamieni, trochę błota, itp.
Wreszcie nocleg w górach. Wieczór możemy spędzić przy ognisku.
Wieczorem przy ognisku.
Pora wstawać.
Jest okazja na wypróbowanie innego rodzaju "fotelika".
Kolejny dzień jazdy w przełomie rzeki Devoli.
Mijanka. W końcu ta droga na mapach samochodowych oznaczona jest kolorem pomarańczowym, nic więc dziwnego, że odbywa się tam regularna komunikacja.
Droga w przełomie rzeki Devoli.
Rzeka błota. Niczym z wulkanu błotnego, co kilkanaście sekund, z wielkim hałasem, tym jarem spływały ogromne ilości błota.
Rzeka Devoli.
Kolejne stado na trasie.
Aby nie płoszyć owiec, najpierw zbieramy się do kupy, dopiero potem, pomału, mijamy się z owcami.
Każdy idzie w swoją stronę.
Jeszcze jedno stado.
Wreszcie jest jakaś knajpa ...
... pora na śniadanie.
Chwila na kontemplację smaku "prawdziwej kawy".
Po kawie - ruszamy w dalszą drogę.
Niby w dół doliny, a jednak do góry - trzeba pokonać stromy grzbiet, opadający wprost do rzeki. Po drodze niemal każdy nas pozdrawia, chce chwilę pogadać, itp.
Wreszcie dolina rozszerza się - wyjeżdżamy z przełomowego odcinka.
We wsi ...
... szybko stajemy się lokalną atrakcją.
Po krótkim odpoczynku i uzupełnieniu płynów, ruszamy w dalsza drogę.
Dolina Devoli. W tle szczyt Partizanit (2416 mnpm).
Poprzedniego dnia, po wyżerce w Elbasan, na biwak dotarliśmy około 23, dodatkowo przyszło nam rozbijać się w deszczu. Biwak rozbiliśmy wysoko nad doliną rzeki Shkumbin. Rano, zwijamy się w promieniach słońca.
Poranna toaleta.
Przed nami kolejne góry przez które zamierzamy przejechać. Kilka pierwszych kilometrów podjazdu jest wyasfaltowane.
Przerwa na kawę - okazja do nadrobienia zaległości w spaniu.
No co się tak gapicie!
Asfalt szybko się kończy i wszystko wraca do normy. Nic dziwnego, że ten model mercedesa, to najbardziej rozpowszechniona marka samochodów, jakie mijamy po drodze.
Spotkanie z motocyklistą z Mielca, samotnie podróżującym po Albanii.
Droga pnie się coraz wyżej.
Niestety wszystkie miejscowości położone "przy drodze" - leżą znacznie poniżej jej poziomu.
Na niektórych podjazdach, Wujkowie odciążają trochę rodziców.
Chwila przerwy - okazja do zabawy.
Przy źródle.
Trochę już podjechaliśmy ....
... mimo to, droga nadal pnie się w górę. A my w raz z nią.
Widoki są coraz rozleglejsze.
Kamienna droga przez góry.
Droga w góry.
Stawy położone wysoko w górach.
Niepozorna kałuża, może stać się niezłym miejscem do zabawy dla dzieci znudzonych długą jazdą.
W lesie napotykamy na stado.
A my pniemy się wciąż wyżej i wyżej.
Miejscami osiągamy coś w rodzaju grzbietu.
Następnego dnia musimy pokonać te góry
Korzystając z tego, że Kuba jedzie u Wujka Przemka na bagażniku, Michał może wygodnie podróżować w tylnym foteliku. Wolałby pewnie jak Kuba - na wujkowym bagażniku.
Kolejny podjazd.
A niżej, pełen sielanki, wiosenny krajobraz.
Na trudniejszych odcinkach, dzieci mogą rozprostować kości i trochę się przejść.
Na trawersie Kësulës (1624) napotykamy na pierwsze śniegi.
Na biwak wybieramy najwyższy punkt drogi, jest miła trawka i górska atmosfera.
Przy szałasie.
Jak dobrze wstać - skoro świt! ...
... można budzić Wujków.
A co tam jest schowane?
Zabawy i harce na zielonej trawce.
Tu w górach, droga w wielu miejscach jest jeszcze ukryta pod warstwą śniegu.
Droga.
Jednak jest już wiosna.
Robi się zimno, wietrznie i mokro.
Skrzyżowanie z główną drogą.
No i przyszedł deszcz ...
... pomimo to, trzeba jechać dalej.
Wkrótce wychodzi słońce. Na szczęście jest chłodno i wietrznie.
W środku gór, na odludziu, spotykamy przydrożną knajpę.
Jest kawa i rakija - nic więcej nie potrzebujemy. Dzieci mają świetną zabawę, wygrzebując z ziemi całe garście łusek od kałasznikowa.
Droga "Na Tiranę".
Poranna drzemka.
Przed nami kolejna przełęcz od pokonania.
Droga pnie się coraz wyżej, ale widać już linię grzbietu.
Na przełęczy - niestety nie tej o którą nam chodziło.
Za przełęczą znowu napotykamy na resztki śniegu.
Wokół krasowa sceneria.
Droga wygląda na solidną, nic nie podejrzewając prowadzeni przez nią zjeżdżamy w dół.
"Plac zabaw".
Odpoczynek na trasie.
Robi się coraz ładniej, ...
... wokół piękny kras, ...
... tylko droga robi się coraz mniej wyraźna. Okazuje się, że to ślepa odnoga, prowadząca do miejsca, gdzie pozyskiwano drewno.
Cofamy się, podjeżdżając do góry, a następnie próbujemy zjeżdżać inną drogą. ...
... ta droga też staje się coraz gorsza, ...
... aż wreszcie kończy się gdzieś w środku lasu, nie dając nadziei na wydostanie się z matni krasowego terenu.
Pozostaje nam powrót na samą przełęcz.
Po dłuższym czasie - jesteśmy!
Pamiątkowa fotografia na właściwej przełęczy Qafa e Shtyllës (1522).
Zjeżdżamy w dół, a po drodze możemy podziwiać piękne, górskie krajobrazy.
Sądząc po tropach - ten miś był naprawdę duży!
Góry dokoła.
Jedziemy i jedziemy w dół, klocki hamulcowe już niemal całkiem starte, a wciąż jesteśmy wysoko. No to w drogę! ... przyszło nam tego dnia jechać jeszcze naprawdę długo.
Następnego dnia, ostatnia przełęcz do pokonania. W deszczu, przy silnym, przeciwnym wietrze, osiągamy przełęcz Qafa e Bulqit (844).
Na przełęczy Qafa e Bulqit (844). Stąd do Macedonii powinno być "raczej w dół".
Nawet na głównej szosie, niektórzy kierowcy marszrutek zatrzymują się i nas pozdrawiają.
Główna droga.
Te góry są już w Macedonii ...
... trzeba "tylko" zjechać na dół, i zatoczyć ogromne koło, tak aby móc legalnie przekroczyć granicę na przejściu granicznym.
Ostatnia przegryzka na albańskiej ziemi.
Wjeżdżamy do Macedonii.
W Skopje, jak zawsze spędzamy czas w muzułmańskiej części miasta.
Zabawa!
Długa i męcząca podróż do domu. Przyłączamy się do hasła "Cała Polska czyta dzieciom".
Nasze rowery jadą półkach.
Udział wzięli: Justyna, ...
... Paweł, ...
... Janusz, ...
... Przemek, ...
... Michał, ...
... Kuba, ...
... Paweł. Dziękujemy za wizytę i obejrzenie fotorelacji. Mamy nadzieję, że się Wam podobało! Kronikę tej wycieczki oraz innych klubowych wycieczek można znaleźć na naszej klubowej stronie WWW: http://www.klub-karpacki.org . Zapraszamy ponownie!