Strabla. Początek spływu. Część ekipy z Trójmiasta przybyła dzień wcześniej i biwakowała nad rzeką. Paweł i Magda z Wawy dojechali z rana razem z łódkami. Jeżeli chodzi o miejsce, to mimo iż do parku narodowego jeszcze 20km, to tutaj pod względem przyrodniczym było najciekawiej. Na biwaku przywitały nas derkacze oraz klasyka podmokłych łąk: bekas krzyk i rycyk w swoich lotach godowych. Natomiast o zmierzchu zaczęły koncertować słowiki. Bardzo przyjemny biwak.
Przerwa w Surażu na plaży. Zwiedziliśmy wzgórze, na którym kiedyś było grodzisko nad Narwią. Tutaj odpoczęliśmy też trochę od wiatru. Pierwszy dzień był dosyć wietrzny, a ostatni odcinek to mozolne płynięcie pod wiatr.
Biwak na łące za Surażem. To już początek Narwiańskiego PN, ale osławiony Narwiański Labirynt będzie nam dane doświadczyć praktycznie dopiero trzeciego dnia. Do tego czasu będziemy głęboko przekonani, że status Parku Narodowego jest mocno naciągany dla tego miejsca. Ot, Narew jak Narew. Z ciekawostek przyrodniczych Asia wypatrzyła parkę pokląskw, które urzędowały w tym miejscu i posiadywały sobie raz na jednym raz na innym słupku.
Drugi dzień spływu. Zaczynają się trzcinowiska. Na razie Labiryntu ani widu. Chyba, że na mapie... a może już się zgubiliśmy, albo nie na tej mapie płyniemy (?). W Uhowie od miejscowego dowiadujemy się, że dawno nie widział tak niskiego stanu wody. Czyli niejako aba fatima Labiryntu się nieco wyjaśnia. Na poparcie zdjęcie spotkanej na szlaku pychówki. Pewnie krypiarz zgubił sie w owym Labiryncie jak woda była wysoka :).
Biwak na grądziku za wsią Topilce. Wieczorem dopływa do nas ekipa trzech panów w kajakach (dwie turystyczne jedynki i jeden "kapeć" do rodeo ;). Spływ równie kameralny jak nasz. Bardzo miłe spotkanie. Wieczorem przy ognisku popłynęły kajakowe i turystyczne opowieści. Panowie jak się okazało płynęli z Narewki. Warta tutaj wzmianki jest jeszcze Łajka (ta na pierwszym planie). Łajka gospodaruje na tym biwaku. Odpowiednio "opłacona" przyjmuje do grona swoich ostrzegając i pilnując przed obcymi. M.in. trzymała na dystans lokalnego wędkarza powarkując na niego od czasu do czasu ;).
Kolejny dzień spływu. Drogowskaz na Kurowo, gdzie zamierzamy uzupełnić zapas wody i zwiedzić siedzibę PN. No i wreszcie zaczął się Labirynt z kluczeniem pomiędzy trzcinami. Czyli to o co nam tutaj chodziło.
O Labiryncie mowa. Od razu staje nam przed oczami scena z labirytniu w Hampton Court z udziałem Harrisa (mowa tu oczywiście o 'Trzech Panach w Łódce'). "Postanowiliśmy, że w powrotnej drodze namówimy Jerzego, by tam wszedł" :).
Nasz ostatni biwak na Koziołku. Wzgórzu po średniowiecznej reducie obronnej. Pierwsza ocena sytuacji: rozstawienie namiotów niemożliwe. Jednak udeptując trawy jakoś udało nam się coś znaleźć. I bardzo dobrze, gdyż ten przyczółek w sercu Labiryntu okazał się naszym najlepszym biwakiem. Stąd dopiero można było ogarnąć czym jest Narwiański PN i przyznać, że to miano słusznie należy się temu miejscu.
Następnego dnia o świcie podziwiamy malownicze mgły ścielące się nad trzcinami oraz... szron na namiotach. Z przyrodniczych atrakcji kukułka, która co chwilę okrążała naszą (pewnie raczej jej) redutę kukając tu i tam. Nasi fotografowie na próżno biegali próbując ją upolować... okukała ich i tyle ;). Nieopodal nas musiały nocować też żurawie, gdyż rano jak tylko pokazało się słońce słychać było powitalne fanfary. No i koniec opowieści. Jeszcze przed nami trzy godziny rzeki i transport na pociąg do Białegostoku o 12:40... to był dobry spływ. Postaramy się jeszcze wrócić na Labirynt, ale już przy wyższej wodzie.