myslałem
wychodziełm z siebie
aż... w końcu nastała noc i mogłem iść
droga była grząska a obiektyw mokry
pojawiały się namiastki
nie wierzyłem im
tym ladnschaftom też nie...
szukałem TEGO
pełen entuzjazmu zbliżałem sie
rzuciłem okiem na opuszczone miasto. pożegnanie było łatwe
ogrzanie się w TYM wydawało się być kwestią czasu
zasłaniałem oczy. blask był prawie nie do zniesienia
niebo płonęło jeszcze miejską czerwienią
ale za chwilę wszystko miało być umownie mało ważne
przede mną roztaczał się ludzki prawieAbsolut
postanowiłem zajść go okrężną drogą aby wydłużyć sobie przyjemność z oczekiwania. wiedziałem że wszystko co ludzkie jest najsmaczniejsze widziane w przyszłości
napawałem się widokiem wszytkiego co nie może widzieć tego co ja wiem
iść tam gdzie ja idę
miec w perspektywie tego co ja mam
być tym kim ja się stanę
w końcu podjąłem rozkoszną i odważną decyzję
TAK!
nie...
biegałem dookoła PRAWDY ale nie znalałem wejścia.
byłem tak blisko... musiałem wrócić do rzeczywistosci w której ludzie pomimo przelewającej się wokół nich samotności organizuja sie w miasta i fajerwerki. z lasu światła do lasu paradoksów. Pozostał mi tylko śnieg, tych kilka zdjeć i świadomość... że TO JEST ale nie dla mnie... albo - jeszcze nie teraz