Pewnego dnia października do lasu przyszła JESIEŃ... usiadła pod drzewem na kamieniu, a stopy ukryła wśród liści paproci...
zapaliła słonko, żeby dobrze wszystko widzieć...
i pokręciła z troską głową...
oj! drzewa moje kochane...zima już blisko, a wy wciąż niegotowe...
liście zielone jak świeżą wiosną....
spójrzcie do lustra! co to z wami będzie, gdy nastaną mrozy?
wyjęła swoją jesienną różdżkę, pędzle i farby...
miała pełne ręce roboty... Najpierw trzeba było usunąć zielony barwnik z liści...
zajęło to sporo czasu...
potem gdzieniegdzie nakropić czerwonego koloru...i gdy tak liście zaczęły się wybarwiać i przygotowywać na odcięcie od drzew...
JESIEŃ przyjrzała się potomstwu drzew i krzewów...
spróbowała jabłek o cudownym smaku trudnym do opisania... zajrzała czy są w nich nasiona gotowe do startu w nowe życie...
czy trzmielina wśród różowych poduszeczek przygotowała pomarańcze swoich nasion...
skarciła niesforną różę za to, że zamiast skupić się na dzieciach wciąż się stroi w różane płatki i pachnie tak słodko...
pochwaliła głóg, że pięknie wystawił ku słońcu swoje owoce aby nabrały sił...
podeszła do brzóz - cudownych w swoich barwach, przytuliła policzki do białej kory i ze smutkiem rozstania pomalowała liście na żółto...
brzozy muszą być szybko gotowe do zimy... bo przecież jako jedne z pierwszych wiosną zachwycą las szaloną zielenią
rozlała u ich stóp tafle zwierciadeł aby mogły się przyjrzeć jak wciąż są piękne...
i tak chodziła po lesie....
rozmawiała z drzewami...
malując, czarując i pocieszając ...
aż w końcu poszła trochę odpocząć po dywanie z liści, który usłały jej pod stopy wdzięczne za jej troskę, drzewa...