15 stopni w Lutym nie zdarza sie dosc czesto, dlatego tez postanawiamy je maksymalnie wykorzystac. Krakowskie Blonia kolo 5:40.
Wskakujemy do pociagu o 6:40 w kierunku Ziliny.
Ktory ma nas zabrac do miejsca startu najszej dzisiejszej wyprawy - Bielsko Bialej.
Podroz mija nam tradycyjnie na omawianiu roznych wariantow trasy i innych rowerowych pogaduchach.
Pierwsze odczucie po wyladowaniu w BB - cholerna zazdrosc. Bliskosc gor, szeroka sciezka rowerowa... czego chciec wiecej?
Naszym pierwszym celem jest Szyndzielnia. Nie bedziemy korzystac z gondolki, tylko wyjedziemy o wlasnych silach. Gondole fuj fuj.
Na sam szczyt wiedzie nas taka oto wygodna drozka. Poziom zazdrosci osiaga maksimum.
Na trening zamiast do Wolskiego, moglbym smigac sobie na Szyndzielnie... ech.
Ciasteczko dla osoby, ktora zgadnie co czyni Robert :D
Od pewnej wysokosci zaczyna sie snieg. Nie wiele, ale trzeba odnotowac jego obecnosc.
Jadac samej koszulce bylem mokry od potu. Dla mnie taka zima moze byc zawsze.
Zmarzluch na tle BB.
Niestety snieg w gornej partii byl upierdliwie gleboki i mokry, wiec ostatnie paredziesiat metrow pokonujemy z buta.
Szyndzielnia.
Schornisko na Szyndzielni.
Widok z czerwonego szlaku, pomiedzy Szyndzielnia a Klimczokiem. Niestety temperatura zrobila swoje - snieg byl na tyle rozmoczny, ze calkowicie uniemozliwial jazde.
Pod szczytem Klimczoka.
To gdzie ten slup wbity w ziemie, to wlasnie sam szczyt Klimczoka.
Schroniska na przeleczy pod Klimczokiem.
Tutaj postanawiamy zrobic sobie maly popasik...
i zmienic nasze plany co do dalszej drogi.
Energii na dzisiejszym wyjezdzie sponsor pierwszy...
oraz drugi.
Plany zmienic musielismy, bo wczesniej wsponiany sniezek mocno nas opoznial, wiec plan przejechania Skrzycznego i wskoczenia na Barania sie niestety oddalal z kazda minuta.
Nie wymyslilismy nic konkretnego, ale jedno bylo pewne - musielismy zjechac do Szczyrku.
W tym celu wybieramy szlak niebieski (albo zielony?).
Co chwila zatrzymujac sie by cyknac jakies zdjecie, bo widoki naprawde zapieraly dech w piersiach.
Majestatyczne Skrzyczne, wraz ze swoja wieza przekaznikowa na samym szczycie.
Do tej pory nie wiem, co to za strumyczek, o ktorym Robert tyle nawijal. Ba, nawet mu zrobil zdjecie.
Po dlugich na negocjacjach, udaje mi sie przekonac Roberta do wjechania na Skrzyczne. Potem w planie byla improwizacja.
Po krotkiej wymianie zdan z obsluga wyciagu na temat ublocenia mojego ubrania, wyjezdzamy na sam szczyt.
Seria widoczkow ze Skrzycznego.
Dalej decydujemy sie na zjazd szlakiem niebieskim, a potem dojazd asfaltem do Wegierskiej Gorki, gdzie nasz pociag powrotny odjezdzal o 18:25.
Gorna czesc szlaku, to przepychanie roweru przez zaspy sniegu... kompletnie nie przetartego sniegu.
Zawiedzeni niemoznoscia zjazdu, docieramy do czesci szlaku, na ktorym nie ma grama sniegu. Malo tego - bylo kompletnie sucho, i co najlepsze z gory :)
Zjazd super, jak dla mnie numer jeden poki co.
Pozostaja nam jeszcze jakies 3 godziny do pociagu, wiec powolnie ruszamy w dalsza droge.
Jeszcze tylko drobne poprawki w mym hamplu i mozna jechac.
Gdybysmy nie zgubili drogi, nie bylibysmy soba ;)
Robert w ostatnich promykach slonca... (a ja nadal w krotkim rekawku :P)
Nie moglem sobie darowac - musialem to uwiecznic :D
Do Wegierskiej Gorki docieramy 1.5h za wczesnie, dlategotez ladujemy w miejscowej pizzeri. Na dworcu glownym w Krakowie jestesmy o 22:10. Pozostaje dotoczyc sie do domow. Liczniki pokazuja okolo 65km i 7000 spalonych kcal. Mimo paskudnego sniegu wyjazd swietny. Do nastepnego!