Czasem, gdy nie masz pomyslu na wypad, a wrecz niewypada siedziec w domu pozostaje gora, ktora zawsze Cie przyjmie z otwartymi rekami - Leskowiec.
A biorac pod uwage to, ze ostatni raz zawitalem tam w grudniu oraz jeden, ostatni, niewyeksplorowany zjazd ze szczytu, az grzechem by bylo nie wpasc tam w niedzielne przedpoludnie.
Co prawda mialo padac, ale umowmy sie, ze ostatnio jest to norma, wiec specjalnie sie tym faktem nie przejalem. Jak sie jednak okazuje, ICM jest omylny i w tym rejonie nie spada kropla deszczu.
Dymanie do gory idzie raczej malo sprawnie... w koncu niedziela ;)
Nawet tutaj dotarli...
W menu na owa niedziele bylo zrycie oponami dotychczas anonimowego, czarnego szlaku schodzacego dosc wartko (przynajmniej na mapie) do Rzyk.
Potem powrot na gore i klasyczny zjazd szpulo-szlakiem do Tarnawy.
Pod schroniskiem jednak czeka mnie niespodzianka
Kawalek ekipy emtb.pl leniuchujacy na laweczkach.
Razem zdobywamy szczyt, a potem kazdy w swoja strone - chlopaki dalej grzbietem, ja oddaje sie na chwile urokom czerwcowego slonca.
Diablak, jak zwykle zasloniety czapka chmur...
Zdjec z dalszej jazdy oczywiscie nie ma, bo komu by sie chcialo wyciagac apart? Czarny poczatkowo wije sie ciekawym singielkiem po trawersie, potem przeksztalca szybki trakcik (na ktorej spotykam 3 wycieczki, tak! tak!). Potem robi sie szybko i malo ciekawie, odpuszczam dalszy zjazd i wracam na gore.
Oczywiscie po drodze, jak i na szczycie zaroilo sie od ludzi - kilka wycieczek z niezwykle doedukowanymi przewodnikami, kilku miejscowych browaro-turystow.
Ewakuuje sie szybko i zaczynam malo techniczny, za to dajacy duze poczucie "flow", zjazd.
Tym razem flow za bardzo uderza do glowy, zakret, ktory podnosi cisnienie na sucho, na mokro okazuje sie byc bardzo zdradliwy.
Uslizg kola i po ptokach. Wygieta klamka od juicy (tutaj sytuacje ratuje niezawodna sztyca), wybity kciuk, pare mniejszych i wiekszych sznytow i obity bark z lopatka, takze obylo sie bez wiekszych obrazen.
Czasomierz pokazuje, ze jednak mam jeszcze troche czasu, wiec wracam na gore i robie zjazd jeszcze raz. Tym razem bez glebowo, za to malo przyjemnie (wybity kciuk utrudnial trzymanie kiery i operowanie hamplem). Na koniec kawalek asfalciku do Zembrzyc... Pzdr!