Bronil sie dlugo, to miskami, to deszczem, to defektami sprzetu. Ale wreszcie, ponownie stoje, tym razem z Kasha, u stop Salatina.
Pogoda raczej malo wyjsciowa, w Krakowie rano padal deszcz, przez cala droge towarzyszyla nam na zmiane ulewa i mzawka. Na miejscu niby lepiej, ale bez rewelacji. Duszno, sauna na szlaku, zapowiada sie burza.
Popularna, wsrod rowerzystow, zabawa na Slowacji pt. "Znajdz szlak". Po pol godzinnych bojach wygrywamy glowna nagrode.
Coz, znaleziona po drodze czaszka nie wrozyla raczej niczego dobrego. Fajny oczodol.
Poczatkowo podjezdzamy szutrowka.
A potem wbijamy sie na to, o czym marzy kazdy gorski freerider...
kilometry singli.
Miejscami dosc technicznie, mokre podloze nie zapowiada gladkiego przejazdu przez niektore sekcje.
Przedzieranie sie przez krzaczory, bogato zaopatrzone w pokrzywy... mamo, moje nogi.
Docieramy na Sedlo pod Kohutom, skad dalej prowadzi nas... droga zwozkowa. WTF? W Parku Narodowym? Dobrze, ze nie jest to zbyt dlugi odcinek...
Pojawiaja sie pierwsze widoki (Prislop).
Wspinka na gore idzie calkiem sprawnie do momentu drugiego baton-breaka...
Konkretniej nadchodzi to, co bylo nieuniknione, choc po cichu wierzylismy, ze jednak uda sie nam wrocic wzglednie suchym.
Zlewaja sie na nas hektolitry wody, sterczymy pod drzewem wyczekujac lepszych perspektyw. Gdy one nie nadchodza, postanawiamy dymac dalej w deszczu.
Leje co raz bardziej, potem na chwile ustaje. Docieramy do okienka z geninalnym widokiem na Wielka Fatre. Jest klimatycznie do bolu.
Po kilkudziesieciu kolejnych metrach w pionie, gdzies pod Malym Salatinem decydujemy sie na zjazd. Pozna godzina i nieustajacy deszcz wymuszaja taka decyzje.
I zaczyna sie... mokry freeride.
Zjazd, ktory moze dostarczyc sporo emocji na sucho (kupa technicznych, dosc trudnych, sekcji, miejscami naprawde konkretna ekspozycja), na mokro robi sie naprawde ciezki.
Zeby nie bylo za latwo, zalozylem rano nowe opony, ktorych kompletnie nie znalem ;)
Sliskie korzenie i skalki dostarczaja ogromnej adrenaliny, kola tancza na wszystkie strony, Wpadamy na super waski trawers z mocna ekspozycja.
Na jednym z korzeni przod lapie uslizg, zlatuje pare metrow w dol (troche nudno bylo, to chcialem cos urozmaicic zjazd).
Generalnie zjazd jest genialny - single, single, single. Niespotykane w naszych beskidach sciezki i podobna ekspozycja. Poprostu - zjazdowa poezja.
Na mokro swietna zabawa, duzo czujnej jazdy, duza satysfakcja z czysto wymykanych kolejnych super-sliskich sekcji.
Zjazd na pewno do powtorzenia, tym razem w wersji bez deszczu i bardziej widokowej.
W koncu padac przestaje, podlaczamy sie pod ostatnie kilometry singielka, potem wpadamy na szutrowke i ladujemy w Ludrovej pod autkiem.
Moze nie wyjazd marzen, ale zaden z nas nie zalowal, ze pojechalismy. Jestesmy tego samego zdania - warto bylo moknac tym razem.
Oczywiscie, jak na zlosc, na dole swieci slonce ;) Pzdr!