Ukraina. Jednym kojarzy sie z mafia, zlodziejstwem i calym zlem swiata, innym z potworna bieda, a jeszcze innym...
czyli Oli i mnie z gorami, ktore warto przeorac oponami :)
Nasza wyprawa zaczyna sie w miasteczku Worochta, stamtad jedziemy w strone najwyzszego szczytu pasma Czarnohory, jak i calej Ukrainy - Hoverli. Towarzyszy nam przepiekna, upalna pogoda. Samego dojazdu na miejsce startu nie bede opisywal, bo to zasluguje na osobna opowiesc ;)
Zeby bylo smieszniej, za wjazd do parku narodowego Czarnohory musimy zaplacic... nastepnie dowiadujemy sie, ze w Zaroslasku (turbaza pod Hoverla) nie mozemy dzisiaj nocowac, ani nigdzie w rejonie Hoverli, bo rano nastepnego dnia ma udac sie tam sam prezydent UA - Juszczenko.
Prawde mowiac nie mamy w planach pozostawania na noc ani w Zaroslasku, ani na Hoverli, tylko gdzies na grani, w drodze na Popa Ivana.
Plany oczywiscie weryfikuje rzeczywistosc. Nad naszymi glowami slychac grzmoty, mimo to atakujemy szczyt.
Zaczyna padac deszcz, oczywiscie tylko nad Hoverla i jej najblizsza okolica, a jak! Wszedzie w okol swieci sloneczko...
Pchanie sie do gory w taka pogode nie ma wiekszego sensu, postanawiamy robic sie z noclegiem na granicy lasu, mimo grozb placenia sztrafu za pobyt w tym rejonie w czasie przyjazdu Juszczenki.
Pod wieczor przestaje padac, wypogadza sie, jest dosc cieplo, wiec zapowiada sie calkiem znosna noc.
Nasz oboz o 4 rano. Ola zasnela bez wiekszych problemow, ja nie zmruzylem oka przez cala noc - przez kilka godzin napastowaly mnie male, upierdliwe, ukrainskie muszki gryzac kazda odkryta czesc ciala i brzeczac za uchem. Horror.
Nocne cierpienia wynagradza przepiekne wschod slonca...
Tutaj tez czeka nas jedno z najgorszych podejsc, jakie mozna sobie wymarzyc - potworne nastromienie, kosowka i skaly. Jedyna opcja jest niesienie rowerow na barkach...
Po drodze cisnienie podnosza nas mijajcy zolnieze. Mimo obaw, sa bardzo sympatyczni, nikt sie nie czepia, zagaduja, rozmawiaja.
Na szczycie folklor. Prezydenta jeszcze nie widac, ale impreza na gorze trwa od samego rana. Ogromne zolniezy, obslugi, przewijaja sie tez turysci. I do tego muzyka... Dlugo nie zabawiamy (klimat nam za bardzo nie spasil) i ruszamy na dol, grania, w strone Popa Ivana.
Daleko nie jedziemy, na wstepie oboje strzelamy po glebie. Ola rezygnuje, ja walcze ze zjazdem.
Mega hardcorowo, rzadko sie zdara, zebym musial uznac wyzszosc terenu. Miejscami chore nastromienie, skaly, uskoki. Koszmarnie ciezki zjazd. Zdjecie czesciowo pokazuje urok zjazdu z Hoverli.
Gran jednak okazuje sie niezbyt przyjazna dla rowerow, a juz napewno dla sztywniaka Oli. Decydujemy sie strawersowac szczyt Hoverli i pojechac czesciowo znana Oli droga na przelecz pod Petrosem.
Warto nadmienic, ze trawersik bylo zaprawde zacny :)
Potem dosc dlugi kawalek, calkiem fajnego zjazdu.
Nie chce mi sie zakladac ochraniaczy, jade na lekko. Za chwile zostane ukarany za swoje lenistwo. Za bardzo popuszczam klamki, kolo blokuje mi sie miedzy skalami, zaliczam bardzo efektowne OTB. Potezny i bolesny krwiak na goleni i uszkodzone wiezadlo/sciegno w lokciu. Jeszcze tego nie wiem, ale odnawia mi sie kontuzjowane wiezadlo w nadgarstku. W efekcie przez najblizsze dni podwojnie czuje kazdy kamyczek i nie moge rozprostowac i zgiac reki do konca.
Dosc przyjemny zjazd niestety sie konczy, ladujemy na przeleczy pod Petrosem. Dalej juz czekaja nas niestety same szutrowki. Bylem lekko zdruzgotany faktem, ze na Ukrainie nie ma normalnych sciezek lesnych, jedynie rozjezdzone przez auta bite drogi. Wszedzie.
Nowy kolega Oli.
Pod Petrosem spotykamy 2 bikerow (!). Jeden to Ukrainiec z Iwano-Frankiwska, drugi to Polak z Krakowa. Zamieniamy pare slow i kazdy rusza w swoja strone.
My kamienista szutrowka w dol, do Jasini. Oczywiscie nie moze obejsc sie bez snaka. Chociaz nie ukrywam, ze latanie detki pod Petrosem ma swoj urok ;)
Nocleg udaje nam sie znalezc dopiero kolo 21.30 w jakims gospodarstwie na samym koncu Jasini.
Nastepnego dnia wyruszamy eksplorowac okolice Swidowca.
Na poczatek tradycyjna walka z dziurawymi szutrami, kilometrami ciagnacymi sie w dolinach.
Na zdjeciu wycieczkowy samochodzik Ukraincow. Takimi woza sie przez cale pasma, dla mnie absurd.
Podoga najpierw nijaka, potem paskuda.
Docieramy do kompleksu narciarskiego Drahobrat, dopada nas deszcz.
Spedzamy kolo 2-3h na altanie, z nadzieja na poprawe pogody i koniec silnych opadow.
Podstawa mojego wyzywienia - chleb, ochrzczony przez nas pierniczkiem posmarowany silikonem, czyli serkiem topionym. Zestaw uzupelniala woda z potoku. Tego nie da sie jesc, naprawde.
Nie pozostaje nam nic innego, jak zostac na noc na miejscu. Udaje nam sie znalezc super tani nocleg w swietnych warunkach. Rano budzi nas wspaniala, sloneczna pogoda.
Bliznica, najwyzszy szczyt Swidowca, bez czapki z chmur.
Wbijamy sie na pasmo Swidowca, kierujemy sie w strone wspomnianej Bliznicy.
Wyciag narciarski w Drahobracie.
Bliznice jednak odpuszczamy - nie ma sensu sie pchac, gdy caly szczyt jest zasloniety gestym kordonem chmur. Nie mowiac o tym, ze jest totalnie nie na naszej drodze. Udajemy sie wiec spowrotem i kierujemy sie dalej grania.
Ćowiecki.
Wycieczkowicze... dramat.
Z glownej grani odbijamy na poludnie, na ramie, ktore sprowadzi nas doliny, ktora dojedziemy do Rachowa. Przynajmniej tak nam sie wydaje ;)
Wydaje mi sie, ze kolejne zdjecia nie wymagaja komentarza.
Dary lasu?
Taka sciezka spadamy do doliny. Potem nas czeka kolo 20km paskudnej jazdy dziurawa droga, z utesknieniem wypatrujemy Ukrainskiego asfaltu kategorii D.
Na koniec dnia czeka nas swietna niespodzianka ;) Otoz dolina wcale nie prowadzi nas do Rachowa, oboje jakos przeoczylismy ten fakt. Mamy dwie opcje do wyboru, 40km asfaltu glowna droga, albo podjazd z dna doliny o przewyzce 500-600m. Wybieramy ta druga opcje. Podjazd ciagnie sie w nieskonczonosc, potem jeszcze kawal zjazdu super dziurawym asfaltem do Rachowa.
Ktos moze powiedziec, ze wyjazd na 6 dni, z czego 3 to podroze pociagami, elektryczkami, busami i pksami to bezsens. Ja uwazam inaczej, dla tych 3 dni spedzonych w gorach bylo warto. Wbrew obiegowej opini o Ukrainie, wcale nie jest tak niebezpiecznie ani dziko. Prawda, kompletny brak szlakow ,infrastruktury turystycznej oraz bardzo slabe mapy moga zniechecac potencjalnych turystow. Jednak przy odrobinie checi i znajomosci terenu mozna sobie bez wiekszych ekscesow poradzic. Ludzie sa bardzo zyczliwi i pomocni. Mimo, ze kompletnie nie orientuja sie w mapach, dokladnie opisza kazda sciezke. No i ceny pobytu sa smieszne - caly wyjazd kosztowal mnie 200zl, z czego ponad 50 wydalem w Polsce na pociagi.
Same gory, mimo, ze totalnie rozjezdzone przez auta i pokryte gesta siecia szutrowek i bitych sciezek sa PRZEPIEKNE. Bez porownania do niczego. Swidowiec jest wrecz stworzony do mtb, calosc grani, nawet dla mnie, przejezdna. 95% w siodelku. No a lufa 60km/h po trawiastym grzbiecie... po prostu bajka ;) Bardzo bym tam chcial wrocic, napewno wroce. Pzdr