Jako, ze odczulem spory niedosyt widokowy po Turbaczu, postanowilem nadrobic to panoramka z Leskowca.
W efekcie o godzinie 10 pakujemy sie do pociagu, ktory ma zawiezc nas do Andrychowa, skad wbijemy sie na zielony szlaczek.
Tym razem ja rowniez wzialem aparat, wiec bitwe na wzajemne robienie zdjec mozna uznac za rozpoczeta :)
Cwany sie schowal w cieniu, 1:0.
Professional hand-made czolowka :)
Po szybkim desancie w Andrychowie, wbijamy na wczesniej wspomniany zielony szlak, majacy zaprowadzic nas na Leskowiec.
Zagadka - co robi Robert? W nagrode ciasteczko.
Jako, ze tym szlakiem nie bylo mi jeszcze dane zdobywac Leskowca, kompletnie nie wiedzialem co nas czeka. Poczatek wydawal sie calkiem fajny.
Potem wlasciwie tez byl lajt, szkoda tylko ze nie swiecilo sloneczko.
Tylko tego w sumie brakowalo, bo pogoda tym razem odstapila od niecnego planu udupienia mej osoby - deszcz nie padal i temperatura calkiem przyjemna.
Szlak jak to w beskidzie malym - ciagly interwal. Prawde mowiac, bylem dosyc zaskoczony faktem calkowitego braku sniegu..
To zdjecie swietnie ukazuje, jakie milusinskie chmurki nam towarzyszyly.
Jedno z podejsc. Czasem niestety sie nie da i trzeba dawac z buta.
Dobrze, ze spora czesc jednak dalo sie jechac.
Przysiegam, ze kiedy robilem to zdjecie nie wiedzialem, ze wlosy mi wystaja przez wywietrzniki w kasku...
Roberta zabawy z aparatem part 1.
Jak widac sniezek jednak byl, chociaz jego wieksze ilosci pojawily sie dopiero kolo 750m npm
A szlak bylby calkiem fajny gdyby nie jedno podejscie... prawie 200m przewyzszenia na sciezce o nachyleniu 40 stopni, usianej kamulcami i wylozonej sniezno-blotnym dywanem.
To podejscie naprawde daje w dupe.
Powyzej 800m pokrywa sniezna byla juz calkiem spora.
Boplight pod Gancarzem
"Odnowiony w 2000..." :D
Piekny widok z polany pod schroniskiem ;]
I rozlegla panorama z celu naszej wyprawy - Leskowca.
PTTK Leskowiec. Jak glosi stare goralskie przyslowie, co sie podjedzie/podejdzie, trzeba zjechac :D Do tegom celu wykorzystujemy niebieski szlak w strone Wadowic. Ten sam, ktorym zjezdzalem za pierwszym razem http://picasaweb.google.co.uk/zdan1990/BeskidMaY
Zjazd tak jak ostatnio - hardkor w najlepszym wydaniu. Pozostaje doturlac sie do Krakowa, przez Kalwarie, Skawine i Tyniec.
Po drodze oczywscie gubimy droge, jednak przy pomocy pewnego przyjaznego localsa trafiamy na wlasciwa i szybko lecimy w strone Krakowa.
Widok na Skawine noca.
Do domow docieramy po 21. Budziki wskazuja lekko ponad 100km, puslometr Roberta ponad 8000 spalonych kalorii. Wyjazd trzeba moge z czystym sercem zaliczyc do udanych, mimo wpadki z katorzniczym podejsciem pod Gancarz i zgubieniem drogi we wsiach wokol Kalwarii. Pozdrawiam.