Chyba kazdy rowerzysta ma takie miejsca, w ktore chce wracac. W moim i Mateusza przypadku jest to Slowacja. Magia tych gor, w sporej czesci dzikich i nienaruszonych przez zwozke, przyciaga nas kolejny raz.
Co prawda mialo nas jechac trzech, jednak, jak wiadomo, rzeczywistosc zazwyczaj rozni sie od planow.
Do ciapagu wsiadam sam, po 3 godzinach dosiada sie do mnie Mateusz (fotorelka jego autorstwa tutaj: http://picasaweb.google.com/mefj00/2009_07_0206FatryTatrySK ) w Bielsku i razem turlamy sie pekapem do Ziliny.
Przesiadka na vlak, ktorym jedziemy do miescinki Svosov, polozej u podnoza Malej i Wielkiej Fatry. Na wyskosci Martina zlewaja sie hektolitry deszczu na dach slowackiego teżewe, nasze miny lekko rzedna.
Okazuje sie, ze mielismy ogromne szczescie, bo w Svosovie nie spadla ani kropla deszczu. Jedziemy!
Co prawda, na poczatku jestesmy zmuszeni do akcji 'kolarka' po glownej szosie, ale juz po chwili lecimy zoltym szlakiem na Chabzdova w Wielkiej Fatrze. Szlakiem, ktorym mialem watpliwa przyjemnosc zjezdzac podczas zeszlorocznego SFE.
Podjazdo-podejscie, choc wygodne, dluzy sie baaardzo. Ale w koncu docieramy kolo 18 na Chabzdova...
Jeszcze troche swietnej (bo singlowej) interwalowej jazdy na Tlsta Hore.
Widok w strone Ruzomberoka, w ktorym to bedziemy nocowali. Widocznosc niestety dosc slaba, coz, koniec koncow lipiec mamy...
Pod Vtacnikiem tradycyjnie znika szlak, nieoceniony okazuje sie byc GPS w kooperacji z mapa VKU. W koncu udaje sie nam namierzyc nasz dzisiejszy zjazd do Ruzomberoka.
Ktory jest niewatpliwie bardzo przyjemny, fajnie nastromione singielki, szybkoscioweczki, odpoczynek od beskidzkiej kamiennej rypanki.
Rano, bez zbednego pospiechu zbieramy manatki i lecimy asfalcikiem w strone Ludrovej...
by ponownie zaatakowac Salatin :) Jak widac, tym razem pogoda zupelnie inna.
Wyglada mi to na slad opony, chyba jakies matolki jezdzily tu calkiem niedawno na rowerach. Ja nie wiem, kto to mogl byc, moze Kasha bedzie cos wiedzial?
Na gorze lapie nas burza, co prawda bez deszczowa, ale dmuchajac na zimne szybko zwijamy na dol.
Tym razem juz na sucho...
Mimo to zestaw wrazen ten sam, co ostatnio. Zjazdowa uczta.
Jako, ze po wprowadzeniu ojro na Slowacji listoki na vlaki kosztuja wrecz horendalne pieniadze, uskuteczniamy akcje 'kolarka' do Liptovskiego Mikulasa. Autostrada.
Rano budzi nas kompletne mleko, poprzedniego doskonale widoczna Poludnica gorojaca nad miastem jest niewidoczna. Zle to wrozy, jak na dzien, w ktorym mamy zamiar wdrapac sie na gran Nizkich Tatr.
Coz zrobic, napieramy asfaltem do Demanovskej Doliny. Po drodze sie wypogadza, kolejny dzien lampy.
Podjazd koszmarnie dlugi i meczacy...
Ale nie mozna odmowic mu jednego - urokliwosci.
W koncu docieramy na szlak, ktory poczatko wiedzie nas...
taka oto wspaniala droga rozorana przez ciezki sprzet. Hipokryzja lesnikow z NAPANTU siegnela zenitu.
Bandyci na rowerach, stranicy przyrody w koparkach...
Po drodze wbijam gwozdz w opone... latanko w pieknych okolicznociach przyrody ;)
W koncu zaczyna sie ludzka sciezka...
...popas...
Opuszczamy las, pojawiaja sie widoki.
Plynacy potok ratuje nasze tylki - w tym miejscu mialem w buklaku okolo 0.5l wody. Gdyby nie tankowanie do pelna w potoku, wody zabrakloby za jakies 200m w pionie.
Robi sie mniej przyjemnie, jesli chodzi o podejscie - coraz stromiej no i ta wszedobylska kosowka. Widoki jednak wynagradzaja kazdy trud.
Jest poprostu pieknie.
Po drodze mijamy sporo turystow, jedni zagaduja, drudzy usmiechaja sie, inni podziwiaja. Dlaczego dla jednych jestesmy bandytami, a dla innych nie?
Widoki wyginaja, brak slow.
W tle Dumbier.
Ostatnie kilkadziesiat metrow to juz czysty flow po lekko kamienistym singielku.
Docieramy pod Chate generala Stefanika, skad zaczyna sie nasz zolty zjazd. Teoretycznie mialo byc latwiej...
W praktyce bylo rownie hardcorowo - mocno zarosniety i nachylony singiel prowadzy po trawersie. W trawie niewiele widac, co chwila uciekajaca sciezka spod kol...
A na dole lezy... snieg. I to nawet kupa sniegu - gruba, 2-3 metrowa warstwa sniegu obklejonego blotem. Ciekawe, ciekawe.
Na koniec jeszcze dh szuter przyprawiony przedzieraniem sie przez rzeke.
Przedzieranie tyczy sie tego zdjecia. Prawie 1500m deniwelacji, bajka.
Ktory by tu wybrac...
Szosujemy sie w strony Banskiej w poszukiwaniu noclegu. Robi sie malo ciekawie - pozna godzina, w przemyslowych wioskach brak kwater. W koncu udaje nam sie dopasc kemping w Nemeckiej.
Nazajutrz jedziemy asfalcikiem (a jakze!) w strone Velkej Chochuli, polozonej w zachodniej czesci glownej grani Nizkich Tatr. Cala zabawa konczy sie w dolinie - dopada nas samochod strazy lesnej. Strasza ze bedziemy platit pokutu, przeganiaja na dol...
Mimo 'drobnej' roznicy zdan z Mateuszem w pewnych kwestiach, jedziemy asfaltem do Banskiej Bystrzycy, gdzie wsiadamy we vlak do Vrutek, bo naszym celem kolejnego dnia bedzie Mala Fatra. Najpierw jednak trzeba gdzies spac...
Z pomoca przychodzi nam bardzo mily pan Stefan, ktory przenocowal nas we wlasnym domu, pojechal z nami na rowerze do sklepu (ma gosc pare w nogach), zaprosil do ogrodu na wisnie...
a wieczorem opowiadal o swoich podrozach. Pol swiata zwiedzil pieszo... zloty czlowiek.
Wczesnie rano zbieramy sie z lozek, zegnamy sie z naszym dobroczynca i uderzamy na Klacianska Magure. Dodatkowo pan Stefan narysowal nam odrecznie mape, ze stokowkami, ktorymi mozna bylo wyjechac bez zsiadania z siodla. Co ciekawe, jego mapa, rysowana z pamieci, swietnie pokrywala sie z rzeczywistoscia. Mysle, ze to on powinien sporzadzac mapy dla VKU...
Klimatyczne mgly otulajce Vrutky i Martin, ponad nimi wychylajaca sie Velka Fatra.
Do tego wschodzace sloneczko, przyjemna ranna temperatura...
Martinske Hole z Velka Luka na czele.
Kolo schroniska przelatujemy niezauwazeni, a kawaleczek dalej robimy sobie krotki popasik. Jedni zoladki napelniaja, drudzy oprozniaja...
Potem bardzo przyjemny trawers na Sedlo pod Suchym...
Jeszcze nie wiemy o tym, ale za parenascie metrow zacznie sie 1.5h horror.
Trawers, tradycyjnie singlem. Tym razem WYJATKOWO upierdliwy i zdzierajacy psyche.
Poczatkowo bardzo wasko, krzaczory, drzewa, kosowka. Potem do kompletu dolaczaja korzenie i kamienie, usypujaca sie sciezka. Temu odcinkowi dedykuje kilka(dziesiat?)nascie pan lekkich obyczajow.
Potem jest minimalnie lepiej - nadal wasko i do tego stromo. Przynajmniej da sie jako-tako isc...
Docieramy na Sedlo Priechyb... stad juz tylko(?) 210m w pionie.
Dwa Spece. Ten wyjazd nie mogl sie nie udac.
Szczyt Malego Krivania nie zawodzi i tym razem. Widoki 360 stopni, bajka.
Na gorze tradycyjna rewia mody, czyli plastiki, garnki, gogle i inne takie. No i lufa.
Crew.
Zjazd pozostawiam bez komentarza, zdjecia mowia same za siebie.
Jeszcze 10km czasowki na pociag do Ziliny i konczymy Slovakian Freeride Expedition 2009. Koniec. Niestety, ta chwila zawsze nadchodzi. Wyjazd przechodzi do historii, dla mnie, jako najlepszy w karierze. Chwile spedzone w Nizkich Tatrach i Malej Fatrze pozostana w pamieci bardzo dlugo. Co ciekawe, krotka traska w Velkej Fatrze, robiona tylko dla zatkania dziury w podrozy, rozczarowuje in plus. Tym razem wszystko bylo perfect - nawet pogoda byla dla nas zyczliwa.
Mam nadzieje tam wrocic niedlugo, w koncu Velka Chochula zostawila szrame na ambicji... Da end.