Tym razem wyjazd okazal sie totalna klapa... dzien po dniu przesladowal mnie pech. Jeszcze w nocy przed wyjazdem z 3 osobowego skladu, zrobil sie 1 osobowy. Pierwszy dzien, Beskid Slaski - pogiety hak, grad mi wali na leb, bolesnie obijam sobie udo, niefortunnie spadajac z wyciagu na Skrzyczne. Drugi dzien - dolacza do mnie Marcin, docieramy na Slowacje, gdzie mimo ogromnej ilosci pensjonatow, nie ma gdzie spac. Na farta nocujemy na ganku uprzejmych ludzi. Dzien 3 - wtopa nawigacyjna, 4h w tylek, kolejna w wtopa, taszczenie sprzetu bez szlaku przez paprotkowo-borowkowe zarosla. Docieramy na szlak, zaczyna sie potworna ulewa, zjazd do Dolnego Kubina zdziera nam nowe klocki do golej blachy.
Dzien 4 to przymusowy dzien czekania do poniedzialku, jako, ze rowerowe byly zamkniete (niedziela). Tym razem przynajmniej mamy piekna pogode, nocujemy na dziko na jakiejs polance. Dzien 5 - zmieniamy klocki i atakujemy Velkego Choca. Atak sie skonczyl dosyc szybko, bo szlak magicznie znika w gestym choczanskim lesie. Idziemy na dziko do gory z nadzieja natrafienia na wlasciwa droge. Wspinaczka po pionowych scianach, zwalone drzewa, gesty las, 17.5kg zlom, dajaca w dupe noga, brak jedzenia i picia... O godzinie 18, na poludniowym stoku Velkego Sku******* staje sie jasne, ze jestesmy w miejscu, w ktorym juz bylismy kilkakrotnie w ciagu tych 3 dni na Slowacji - w konkretnej dupie. Zeby nie bylo zbyt milo, nad naszymi glowami zaczyna grzmiec i wiac, a po chwili zlewaja sie na nas strumienie wody. Trawersujemy na farta zbocze (innego wyboru tak naprawde nie bylo - w dol pion, w gore pion + skaly), docieramy do szlaku, ktorym mielismy sie wbijac pierwotnie na gore.
19.30, przelecz pod Chocem, slonce zalewa hale, udajac jakby calej burzy wcale nie bylo. Lekko falujace na wietrze galezie drzew zdaja sie z nas drwic. Marcin wymusza na mnie zjazd na dol, do Ruzomberoka (chcialem atakowac szczyt jeszcze, co oznaczalo zjazd w totalnych ciemnosciach). W miescie jestesmy o 22, sklepy zamkniete, a my bez jedzenia i wody od dluzszego czasu. Zupelnie bonusowo lapie kapcia, Marcin sie na mnie obraza i jedzie w swoja strone. Ja postanawiam przenocowac w miescie na straganie... przezycia z tym zwiazane moge ujawnic przy piwie ;)
Godzina 6.30, atak na ledwo otworzony sklep i wio w strone Salatina. Ruszam z przejscia dla pieszych... jeb... Lancuch sie posypal. Zabrzmialo jak "Won do Polski!"... Jak na zlosc, skuwacz sie wygina i jestem zmuszony poczekac do 9, az otworza rowerowy, by zakupic lancuch. Place jakas chora sume za jedyny dostepny w sklepie lancuch LXa i wreszcie jade. Docieram do Ludrovej, pytam jakies grzybiarki o droge na Salatin. Odradzaja mi, straszna miskami i polecaja wjazd na Vlkoliniec, bo piknie podobno. Jako, ze kazda rzecz musze sprawdzic empirycznie, mimo ostrzezen, pakuje sie do gory. Niedzwiedz stojacy na mojej drodze, tuz przy szlaku, skutcznie przekonuje mnie do blyskawicznego odwrotu. Kieruje sie wiec, na wspomniany przez mile panie szczyt. Owy "szczyt" male cale 700m, wiec otwieram mape i szukam czegos blizszego w okolicy. Jest - Spirun. Wreszcie idzie wszystko po mysli... do momentu, kiedy proboje znalezc jakis nocleg na dole. Wszystko zajete...
Kralovany brak miejsc, Sutovo brak miejsc, Ratkovo brak miejsc... Jade asfaltem w strone Martina... bol nogi robi sie coraz bardziej upierdliwy, miesien po chwili tworzy z kolanem bolesny duet. Jestem na przedmiesciach miasta, z bolu lzy cisna sie do oczu, widze pensjonat... brak wolnych miejsc. Kolejny i kolejny i jeszcze jeden to samo. Jakas mila slowaczka prowadzi mnie kawal drogi do jakiegos pensjonatu w pobliskich Vrutkach... place chora cene 600 koron za nocleg. Ponownie, od kilku godzin bez jedzenia, glodny udaje sie na zakupy. Godzina 20, wszystkie supermarkety zamkniete. Koszmar. Dopadam jakis malutki sklep i kustykam spoworotem do swojego pokoju. Ostatni dzien... kosmicznie dlugi i nudny podjazd z Martina na Velka Luke. Po drodze znowu odzywa sie noga, kolejne godziny katorgi. Jedzenie zakupione poprzedniego dnia, znika w moim brzuchu na kolacje i kawalek sniadania. Znowu bez jedzenia. Tym razem chociaz wode mam. Szczyt, patrze z nieskrywana zloscia na gran Malej Fatry, mam wrazenie, ze sie smieje..
ze mnie, no bo z kogoz by innego? Wreszcie wymarzony singielek po grani, wsrod traw. Chwilo trwaj... W pewnym momencie orientuje sie, ze tradycyjnie szlak poszedl w swoja strone, a ja swoja. Nie chce mi sie wracac, zjezdzam na dziko na dol. Turlam sie asfaltem do Ziliny, wsiadam w pociag. Koniec. Obiecuje sobie zemste na Slowacji, tym razem gory sie ostro bronily... ale ja tam jeszcze wroce.