Niewyrazna pogoda, niewyrazne szanse na sensowny zjazd przy 30cm sniegu... za to wyrazna odmowa wspolpracy aparatu. Na dole zacinajacy deszcz ze sniegiem, im wyzej tym sniegu wiecej, coraz ciezej pchac sprzet pod gore. Zludne nadzieje na zjazd zielonym do Swinnej Poreby zostaja stlamszone sniegiem gdzies na wysokosci sciolki lesnej. Docieramy pod schronisko pod Leskowcem, ani ja, ani Wojtek nawet nie myslimy o pakowaniu sie na sam szczyt. W glowie jedno - zjazd niebieskim do Tarnawy. Jedziemy, potem pchamy w dol (!) w glebokim sniegu. Wreszcie sensowny nastromienie umozliwia jazde... puszczamy heble, taniec fulli w bialym puchu. Lancuch skacze po kasecie, jak zyd po pustym sklepie. Trzask. Lancuch sie rozsypal. Skuwanie... jedziemy dalej. Po chwili Wojtek lapie snake'a... w koncu docieramy na dol. Jeszcze tylko kilka km asfaltu w dol i siedzimy w PKP. Wlasnie tak zaczelismy zime. Pozdr.