Nowy bike zakupiony, wiec wypadaloby jakies testy zrobic... najlepiej w jego naturalnym srodowisku :) Na 6.12, na miejsce startu (Lanckorona) zawiezie mnie pociag relacji Krakow - Zakopane.
Konduktor wszedlszy do pociagu, popatrzyl na moje krotkie spodenki i robiac wielkie oczy wydusil z siebie "Czy ja dobrze widze?" Nie wiem o co mu chodzilo...
"No to kurwa jadymy!" zarzadzil konduktor. Jak postanowil tak zrobil, i tak o zaplanowanej godzinie desantuje sie w Lanskoronie.
Przywital mnie lekki mrozik i sloneczko. Czego chciec wiecej?
A no terenu. Niekoniecznie tak upierdliwie stromego. Zeby nie bylo zbyt milo, ktos wylaczyl slonce i wlaczyl sniezyce. Swietnie.
Wydymawszy na Lanckoronska gore dostrzegam drobny problem... w postaci zapchanych blokow i spdow zamarznietym blotem, przez co nie ma mozliwosci wpiecia sie...
I taki stan rzeczy bedzie mi towarzyszyl jeszcze przez kilka h, czyli do momentu lekkiego podniesienia sie slupka rteci :)
Niemoznosc wpiecia sie byla wyjatkowo upierdliwa. Ba, nawet mialem plan wczesniejszego wycofania sie, ale poki co jade dalej niebieskim szlakiem w strony Pasma Babicy.
Moja trucizna w swoim naturalnym srodowisku. Apropos natury - przez sciezke przebieglo mi kilka saren, ale zanim zdarzylem wyciagnac aparat ich juz nie bylo. Szczfane bestie.
Pogoda zapewnila mi dzis wszystkie mozliwe atrakcje - slonce, snieg, sniezyce, grad. Malo tego, warunki zmienialy sie jak w kalejdoskopie. Slonce, snieg, slonce, snieg...
Jak widac dzien byl wyjatkowo niewidokowy.
Cisniem przez pola i lasy na Trzebunska Gore, nalezaca do Pasma Babicy, a potem zjazd na dol i na Koskowa Gore. Plan prosty, nie?
Nie wiem skad, ale na zjezdzie z Trzebunskiej~ pojawilo sie chyba bloto z calych beskidow. Lovely.
Tak dodupnego podejscia nie widzialem jeszcze. Koskowa Gora przebija nawet zolty szlak na Stare Wierchy. Stromo, kamieniscie do tego snieg i 14.5kg na plecach.
Po owym bonusiku w moim brzuchu zrobila sie pustka, ktora bez wiekszego wahania zapycham kanapkami, ktorych o dziwo nie pozarlem w pociagu, jak mam to zwyczaj robic.
Bialo, nie? Wsiadajac w pociag, myslalem, ze sniegu bedzie raczej nie wiele, nawet ze 0. Prawda, ze fajna niespodzianka?
Chwala mu za to, ze byl miekki i swiezy, bo dzieki temu jechalo sie calkiem dobrze.
Sam szczyt Koskowej Gory zostawiam na kiedy indziej i odbijam na wschod, z zamiarem przejechania Pasma Koskowej i zjechania do Pcimia. Juz kilka razy pisalem jak w praktyce jest z planami, zamiarami... zwal, jak zwal.
Panoramka z zoltego szlaku na Wyspowy, Gorce i Tatry. O ile sie nie myle :p
Po drodze gubie zolty szlak i zjezdzam na dol do blizej nieokreslonej wsi. Localsi kieruja mnie asfaltem do Pcimia, skad bocznymi drozkami docieram do Myslenic.
Wskakuje na niebiski szlak, ktory z mniejszymi i wiekszymi perypetiami wiedzie mnie do Krakowa.
Na wyskosci Swiatnik Gornych dopada mnie masakryczna sniezyca. A potem...
ponownie wychodzi sloneczko. Nie wiem ile km zrobilem, bo moja wysluzona Sigma BC500 odmowila wspolpracy. Chyba czas na wymiane... moze cos z altimetrem? :p Gdybym nie zgubil szlaku, nie zamarzalyby mi spdy wraz z blokami, nie musial dymac po tym cholernym podejsciu, nie dopadla by mnie sniezyca i nie musialbym walczyc z interwalowym charakterem trasy do Krakowa, to wyjazd bym uznal za udany. No dobra, i tak bylo calkiem fajnie :) Pozdrawiam!