3 osobowa ekipa zlozona ze mnie i 2 ciezkozbrojnych, Cichego i Chomika, postanowila wybrac sie na wyrypik w Wyspowy. O tym, ze plany lubia sie zmieniac (same ;)), wiadomo nie od dzis. Dlatego tez ladujemy w Makowie Podhalanskim, skad pedalujemy 20-pare km do Zawoji... oczywiscie w deszczu. Zgodnie z tym co zapowiadal ICM, padalalo od rana, i nie zanosilo sie wcale na poprawe. W Zawoji robimy z Cichym maly pit stopik w piekarni (Chomik nie zauwazyl nas i pojechal dalej ;p) i konsumujemy tamtejsze wyroby cukiernicze. Potem juz podjazd na Markowe, omijamy budke BPNowska i wbijamy juz na szlak. Poczatek lajtowy, lawirowanie pomiedzy dzieciakami z wycieczki po kamiennej sciezce o bardzo sensownym nachyleniu. Lajcik szybko sie konczy i zaczyna pchanko.
Pod schronisko na Markowych Szczawinach podchodzimy droga dojazdowo/zwozkowa, uzywana przez BPNowcow. Wszech otaczajaca mgla tworzy iscie bajkowy klimacik. Turystow praktycznie brak, slychac tylko spadajace krople deszczu... i 3 popaprancow z aluminiowymi rumakami :) Pod schroniskiem robimy manewry taktyczne, zgrabnie omijamy placowke PTTK i dymamy juz kamiennym chodnikiem na przelecz Brona. Dostawania sie na gore techniki byly rozne - od pospolitego pchania, poprzez rzucanie sprzetem, do zawieszania go siodelkiem na barku. Podejscie zostaje nagrodzone wieloma paniami lekkich obyczajow, mijani ludzie spogladaja na nas jak na idiotow.
Przelecz Bron(k)a odziwo sucha. No prawie. Przynajmniej nie pada. Zamiast tego sakramenecko silne podmuchy wiatru towarzysza nam przez cala droge z przeleczy na szczyt Diablaka. Przyznaje, ze osobiscie tak silnego wiatru nigdy nie mialem okazji spotkac. W okol geste chmury, w takiej szacie gory przypominaja o swojej potedze, i o tym, ze nie wolno ich lekcewazyc. Robi sie potwornie zimno, rece i stopy w przemoczonych butach kostnieja. Cichy z Chomikiem znikneli mi jakis czasz temu z widoku. Wiatr proboje zdmuchnac mnie z grani na slowacka strone, idzie sie ciezko. Ostatnie podejscie i jest, koniec gehenny. Ubieramy plastiki, garnki, pinkle/gogle, jedno pamiatkowe zdjecie i zawijamy na dol. Na poczatek rozgrzeweczka po kamiennym chodniku, potem jakies chore skalki, scianki, znowu kamienny chodnik, sliska scianka na ktorej lapie uslizg. Podporka i wio dalej. Kilka progow, lece przez kierownice w objecia kamiennych plyt. Full face i ochraniacze zalapuja sie na crash test, kiera wbija mi sie w zebra.
Cala akcje widza turysci, stoja w miejscu, nie moga wydusic slowa, kiedy wstaje wskakuje na siodelko i wale dalej w dol. Wjezdzam w kosowke, ktora oslania mnie od wiatru, jest bogu dzieki coraz cieplej. Waziutka sciezka, sporo uskokow, poprzeczne, kamienne rynny poustawiane przez jakiegos idiote. Nawet nie wiem kiedy dojezdzam na Sokolice. Po chwili wpadam w las, gdzie na powitanie oczekuja mnie super sliskie korzonki i drewniane stopnie. Spotykam pepikow, "To nie je na rower!", puszczam krotka riposte i przejezdzam jak najblizej nich. Dojezdzam do Cichego, ktory zlapal snaka. Szybka akcja ratownicza przy pomocy mej pompki i jedziemy dalej. Kawalek dalej czekaja na nas turysci z aparatem, robia nam zdjecia. Mozna poczuc sie jak profi :P Pod sam koniec stroma sekcja sliskich kamieni, tylny fat albert tanczy jak na lodzie, smierc w oczach. Jeszcze tylko pare stopni i dojezdzam do Cichego i Chomika na Krowiarkach.
Ile mialem straty do nich, chwalic sie nie bede ;) Zjazd genialny, szkoda tylko, ze pogoda zawiodla. Dwie miejscowki zzerajace psyche musialem niestety odpuscic - nachylona kamienna plyta z duza ekspozycja. Wolalem w takim miejscu nie ryzykowac uslizgu ;) Pzdr.