Na wstepie przepraszam za "bonusik" w prawym gornym rogu wiekszosci zdjec... niestety znowu jakis syfek wdarl sie na matryce. Efekty tego sa, jakie sa...
Ale do rzeczy. Majac okazje przetransportowania swoich szacownych 4 liter na Slowacje, nie omieszkam skorzystac z okazji i za cel podrozy obieram Kralova Hole, najwyzszy szczyt wschodnich Niskich Tatr.
Jako nieliczny (jedyny?) szczyt na Slowacji jest dostepny dla rowerzystow calkowicie legalnie. Na gore prowadzi mieszanka asfaltu i szutru. Podjazd co prawda o sporym przewyzszeniu (circa 1000m) ale w calosci przejedny w siodelku. Nawet dla mnie :P
Wszystko by bylo cacy, gdyby nie jeden drobny szczegol...
Otoz wlasnie tego dnia, w tych okolicach zanotowano najwyzsza od 42 lat temperature - grubo ponad 30 stopni w cieniu...
A wiekszosc podjazdu prowadzi po otwartym terenie. Od upalu zaczyna bolec mnie glowa po chwili widze rzeczy, ktore niekoniecznie w tym momencie powinienem widziec.
Chwila siedzenia w cieniu i mozna jechac dalej.
Kralova Skala, jeszcze nie wiedzialem, co mnie tam czeka :)
Pod koniec podjazdu, kiedy serpentynki schodza na polnocna sciane Kralovej Holi odslania sie piekny widok na cala pile tatrzanskich szczytow.
Na gorze, jak nigdy wczesniej, 2h lezenia plackiem w sloncu z glowa zwrocona w strone Tatr.
Dzisiejszy (jutrzejszy tez) zjazd sponsoruje metalowa rekawiczka ;) Ach te wiezadla...
Jeszcze lans-foto...
I rura taka oto sciezka. Kawalek lece niebieskim w strone Sumiaca, potem odbijam na dziko w strone Kralovej Skaly i szlaku zielonego.
Taki dziki freeride po trawiastym zboczu okazuje sie strzalem w dziesiatke.
Docieram pod Kralova Skale i zaczyna sie zabawa...
Najpierw noszenie roweru po skalach (na to akurat bylem przygotowany), co chwile znikajaca gdzies sciezka.
Fajny dropik, reflektuje ktos?
A potem pol godzinna walka z kosowka. Upierdliwosc siega zenitu, roweru nie da sie pchac, ani niesc. Jedyna opcja jest noszenie za dolna rure i przerzucanie (doslownie!) roweru gora, ponad kosowka. Nierowna walka calkowicie zdziera psyche a w bonusie robi sie ciemno... Na zdjeciu widac "normalna" sciezke.
Owa normalna, w rzeczywistosci jest paskudna - w trawsku czekaja na frajerow rozne niespodzianki w postaci klod i kamieni. Kawalek jade, w ciemnosciach gubie szlak. Docieram na stokowke, ktorej oczywiscie nie ma na mapie... Harmanec FTW! Staczam sie na azymut do telgartu w kompletnych ciemnosciach... Wyjazd totalny niewypal.
Co bym nie tylko ja byl narazony na pokute od panow straznikow, zaprosilem na sobote 3 osoba krakowska ekipe. Dziadki jednak przestraszyly sie deszczyku i postanowily popijac bronki w domowych pieleszach ;)
Rano pogoda bardzo niepewna, swieci slonce, ale wokol widac paskudny chmury. Nie przeszkodzilo mi to jednak w podjeciu decyzji o wjechaniu w teren.
Na wstepie zaczepia mnie straznik... zeby powiedziec, ze szlak prowadzi droga obok. A juz mialem przed oczyma wizje przedwczesnie skonczonego wypadu z bilecikiem wartosci 700zl w reku.
Po chwili mija mnie samochod strazy lesnej, ktorego zaloge najwyrazniej nie bardzo obchodze...
Jak widac, pogoda sie poprawia, robi sie znowu za cieplo.
Docieram na Svidovske Sedlo, ktorego nazwa jakos dziwnie nasuwa mi skojarzenia z Ukraina ;)
Gran Niskich Tatr spowita chmurzyskami.
Potem jeszcze kawalek przyjemnego (bo przejezdnego pod gore) trawersu i docieram do...
Koszmaru. Albo nie ma szlaku, albo sciezki. Tak na przemian. Jak sie pojawia sciezka, to jest totalnie nieprzetarta i co chwile ginie w krzakach, pozwalane drzewa sa norma.
Docieram do jakiejs szutrowki przecinajacej moj szlak. Oczywiscie nie ma jej na mapie. Tym razem nie ma tez ani szlaku ani sciezki. Jedno i drugie znajduje po 30m (w pionie) przedzierania sie na azymut po stromej sciance z porozwalanymi drzewami. Masakra.
W zasadzie, to cale podejscie bylo robione na azymut...
Owszem, byly znaki szlaku. Tylko niech ktos mi wyjawi, dlaczego byly malowane tylko dla tych schodzacych?
Pokonanie 250m w pionie zajmuje mi 2h (!), totalnie zszarpane morale dobija to, czego widmo straszylo od samego rana.
Nie ma to jak ulewa + wiatr na grani!
Jeszcze szczypta upierdliwej kosowki (znacznie lepiej niz wczoraj).
Docieram na szczyt. Dyscu niet. Pozostal jedynie lodowaty wiatr. Chowam sie za sciana sennika, gapie sie na ciekawy spektakl rezyserowany przez podeszczowe chmury...
Zaczynam zjazd. Jade jak worek olowiu, kompletnie nie czuje roweru, dodatkowo mocno daje o sobie znac nadgarstek (mimo usztywniajacej ortezy).
Po chwili jednak lapie rytm, jedzie sie coraz lepiej, zza chmur przebijaja sie widoki. Poczatkowo sciezka to przyjemny singiel po grani, wsrod traw i NIEupierdliwej kosowki, czysty flow.
Po chwili wpada do lasu, robi sie troche stromiej, pojawiaja sie drobne techniczne myki, jakies ciasne zakreciki.
Dodatkowe atrakcje zapewniaja swiezo zmoczone korzonki.
Generalnie zjazd ocieka zajebistoscia. Nie jest w zadnym wypadku hardcorowy, poprostu zjazd, ktory jest odpowiedzia na to, dlaczego jezdze na rowerze.
Dopadam sedla pod Circhlou, gdzie przypadkowo wpadam w ogromne ilosci borowek. Znikam na jakies pol godziny...
Zeby zrobic to zdjecie musialem zebrac taka garstke 3 razy - za kazdym razem, gdy juz ja mialem w reku i szedlem po aparat znikala w moim zoladku przed otwarciem obiektywu :P Potem zjazd zamienia sie juz niestety w dh szuter, ktorym to zlatuje do Niznej Bocy. Jak dla mnie, to zjazd nr 1, tuz obok Malego Krivania. Napewno tu wroce. Pzdr.