Wydaje Ci sie, ze wiesz co to pech? Zapraszam do czytania ;)
Skawina wita nas paskudna pogoda - mgliscie, wodniscie, blotniscie i w ogole wszystkie epitety zwiazane z woda.
Zalozenia naszego 3 dniowego wyjazdu byly dosyc proste - przejechac tzw. Galicyjski Szlak Enduro ogarniety, jak narazie, palcem po mapie przez Sebasa z Ghetto3Riders.
Szlak to taka petelka ze Skawiny do Krakowa przez Pogorze Wielickie, Beskid Makowski, Gorce i Beskid Wyspowy. 260km, 7500m w pionie.
"Krotka" przerwa na skraju Lasu Bronaczowa. Pogoda nadal paskudna, godzina 7~
Tylni xtr Marcina zaczyna sie buntowac, przeskakuje na najlzejszym przelozeniu.
Ledwo zdazylismy zjechac na asflat, slysze syk z przedniego kolka... zdejmuje detke, pompuje by znalezc dziure... powietrze nie schodzi. Zakladam spowrotem. Powietrze ucieka ponownie.
Zdejmuje, zakladam nowa. Jedziemy...
...przez 300 metrow. Znowu syk. Zakladm Marcinowego geaxa ze znienawidzona presta. Pompuje... po chwili powietrze schodzi. Wyjmuje przed chwila przebita detke, latam i tym razem jedziemy.
Na dobry poczatek jestesmy kolo 1.5h w dupe. A pogoda swoje. Wjezdzajac w Pasmo Bukowca, slysze dziwne stuki. Przetlumiony damper? Prety od siodelka?
Nie. Srubka od wahacza sie wykrecila ;) Zeby bylo smieszniej zrobilem na ledwo trzymajacym sie zawieszeniu caly zjazd...
We wczesniej wspomnianym pasemku Marcin sprawdza twardosc drzew wlasnymi zebrami. Byly twarde.
Sytuacje Marcina ratuje bandaz i miejscowy, ktory jakims cudem znajduje srube z pasujacym gwintem. Kolejne 1.5h w dupcie...
Zza chmur na chwile wychyla sie slonce, tylko po to zeby spowrotem zniknac za chmurami na pozostale 1.5 doby. Przynajmniej Marcinowi udaje sie uporac z upierdliwym xtrem... za 5 albo 6 razem. Next 0.5h ? ;)
Z Sulkowic lecimy do Harbutowic, gdzie wbijamy sie na niebieski, ktorym przelatujemy przez Bienkowska Gore.
I zaczynamy wspinaczke pod Koskowa Gore.
Na szczycie ogarniam, ze na dole zostawilem aparat. Wlasnie w tym miejscu sobie lezal. Chyba jeszcze nigdy tak szybko nie zjezdzalem ;)
Podjezdzamy na szczyt, po czym kierujemy sie nadal niebiskim na poludnie.
W sumie fajny szlak, miejscami mocna szpula w dol i w zasadzie jedno krotkie podejscie. Dojezdamy do asfaltu, spogladamy na czasomierze. Pozno, byla nie wiem, 17? A my chcielismy jeszcze dotrzec na Lubon. Decydujemy sie na ominiecie terenu i przeskoczenie asfaltem przez Letownie i Naprawde pod Lubon.
W tym miejscu dochodzi do drobnej sprzeczki - Marcin chce zjechac do Bystrej (ma tam domek), a ja napierac do schroniska na Luboniu... ale kto ma narzedzia, ten ma wladze - jedziemy na Lubon ;)
Zaczyna padac kapusniaczek, robi sie zimno i ciemno. Przed nami prawie 8km podjazdu o przewyzszeniu 460m. Niby nic, ale nie po calym dniu.
Marcin szybko lapie rytm, ja dopiero troche pozniej.
Pomimo prostej jak budowa cepa drogi, udaje mi sie ja pomylic i zjezdzam kawalek w dol... ktory dymam spowrotem kolo 10min. Ale zjezdzalo sie fajnie!:P
Co by nie mowil, Lubon we mgle ma swoj klimat!
Do schroniska otulonego mgla docieramy kolo 20.30...
Nasz jutrzejszy cel.
Zwijamy sie baaardzo pozno, bo kolo 11. Wbijamy sie na niebieski, a potem przypadkowo na zielony szlak. Zjazd naprawde swietny.
Sniadanie pod sklepem, kolejna sprzeczka na temat trasy i liczenie pozostalego nam czasu. Kolejny raz decydujemy sie na ominiecie kawalka terenu asfaltem. W Olszowce wbijamy sie na bardzo przyjemny trakcik rowerowy. Przyjemny szczegolnie w dol - do Koninek prostacka szpula w dol.
Caly czas kierujac sie szlakiem niebieskim zaczynamy wspinaczke na Turbacz.
Po drodze wpadam na genialny pomysl podjechania kawalka czerwonym... w efekcie wychodzi sporo dluzej.
Po drobnych perypetiach udaje nam sie odnalezc na powrot niebieski...
ktory poprowadzi nas juz na sam szczyt. Spotkany po drodze straznik probuje nam wlepic 'bilecik' za jazde po parku narodowym... stawiamy czynny opor i jedziemy dalej ;)
Dwoch cieci, z ktorymi wdalem sie w dyskusje na temat "tu nie wolno na rowerze". Debile.
Nareszcie... hala Turbacza.
Do schroniska docieramy po 18. Mgla, zimno, zaraz zrobi sie ciemno. Musimy dotrzec jeszcze na Gorc - 10km~. Marcin kieruje nas omylkowo na zjazd w strone Rabki... kolejna godzina miedzy posladki.
Wracamy na Turbacz, probojemy odnalezc wlasciwy szlak biegnacy hala... ktora tonie we mgle. Nie widac nic - widocznosc kolo 5 metrow. Jedziemy na farta w dol. Cudem odnajdujemy szlak... zaczyna skakac mi naped na najczesciej uzywanym przelozeniu w gorach - 11-32.
Otula nas ciemnosc, wraz ze smietankowo-lodowata mgla... robimy prowizoryczne czolowki z latareczek na kierownice. Widocznosc spada do 0.5 metra. Toczymy sie na przemian singielkiem i korzeniowo-kamiennymi zjazdami... adrenalina osiaga pulap 101%. Zupelnie przypadkowo dostrzegamy odbicie na nieistniejacy na naszych mapach czarny szlak. "Schroniska Skalka, 10min" Bez chwili zastanowienia walimy w dol, przez wybitnie stroma sciezke a potem przez pola. Jest. Docieramy na 23...
W tym oto schronisku zostajemy ugoszczeni przez mila starsza pania... o tak poznej godzinie dostajemy cieple jedzenie i miejsce do spania. Rano sniadanie... po czym dowiadujemy sie, ze nie chce od nas pieniedzy. Wciskamy jej symboliczna zaplate i z wielkiem trudem ruszamy dalej...
Wyjscie ze schroniska poprzedza proba wyregulowania mojej przerzutki, ale wyglada na to, ze udalo mi sie zajechac lancuch w 700-800km. Pozostaje mi podjezdzanie wszystkiego na 11-28. Na dzien dobry mocne podejscie w miejsce, gdzie zboczylismy ze szlaku...
Na szczescie pogoda sie poprawia i pojawiaja sie pierwsze promienie slonca...
Piekne widoki i silny bol miesni po poprzednim dniu wcale nie zachecaja do podchodzenia.
Ponownie jedziemy singielkiem, potem krotka, acz tresciwa scianka wspinaczkowa i jestesmy na Gorcu. Szlak z Turbacza na Gorc naprawde swietny i godny polecenia. Obiecalismy sobie go zrobic ponownie. Tym razem jak bedzie jasno.
Wlasnie tak enduraki szanuja przepisy ;)
Blotna maseczka po zjezdzie :p Zjazd z Gorca naprawde ciekawy - poczatek dosc techniczny, a potem naprawde mocna szpula w dol droga do zwozki. Predkosci pozwalaja na mimowolne odrywanie sie roweru od ziemi. Bajka!
W Szczawie jemy drugie sniadanie i lecimy asfaltem w kierunku Mogielicy...
Poza podejsciem na poczatku, praktycznie calosc do podjazdu! Dopiero przy laczeniu sie szlakow (zoltego i niebieskiego) zaczyna sie podejscie...
Na jego wlasne zyczenie! :P
Z hali Mogielicy widoki w kazda strone... naprawde pieknie.
Hardkorowe podejscie z bikiem na plecach i krolowa Besidu Wyspowego poskromiona.
Siodla w dol i... w dol :p Poczatek zjazdu bardzo techniczny, miejscamy dosyc hardkorowy. Potem robi sie szybciej, luzne kamolki, kilka fajnych sekcji, pare dropow i jestesmy na dole. Jeden z fajniejszych zjazdow jak do tej pory.
W Jurkowie jestesmy kolo 17.30. Wrzucamy w siebie obiad i turlamy sie bocznymi drozkami do Krakowa. Na rynek wjezdzamy kilka minut przed 23. Gory sie mocno bronily, pech nas przesladowal, ale wyjazd i tak fajny. 2.5h jazdy przy widocznosci max 0.5m zostanie mi w pamieci na dlugo. Przekrecilismy 230km, spora czesc w terenie. Wiemy jedno - to byla pierwsza proba, ale nie ostatnia. Do nastepnego!