Od tego momentu koncze z pisaniem komentarzy, zamiast nich beda pojawialy sie relacje. Narazie bede je umieszczal tutaj, dopoki prace nad strona nie zostana zakonczone. Relacja bedzie podzielona na kilka czesci, bo w opisie miesza sie tylko 1024 znaki. Mam nadzieje, ze to tylko chwilowe niedogodnosci...
Piatek. Mama - Jade jutro do Suchej, podrzucic Cie? Ja - Nie... mam zjechane do zera klocki w oby dwoch hamulcach. Sobota rano. Ja - To o ktorej wyjezdzamy? Jeszcze nie wiedzialem gdzie i po co mam jechac, jednak nie moglem przepuscic okazji darmowego trasnportu do suchej. Szybkie przemierzanie palcem map i jest. Polica. Mial byc szybki atak niebieskim ze Skawicy na przelecz Kucalowa, wbitka na czerwony i wio na szczyt. Potem juz tylko gruby zjazd do Zawoji. Przyzwyczailem sie, ze zawsze jest inaczej niz 'tak jak ma byc'. Tym razem nie bylo inaczej. Pierwsze sygnaly, zeby jednak nie jechac dostaje juz w domu, bo wyjazd na zjechanych klockach nie mial prawa wypalic. Zapiekl sie maxle, nie moge zdjac kolka. Kombinacje nad upchaniem bika do bolidu koncza sie na wymontowaniu widelca. W samochodzie trafia mnie szlag - nie wzialem aparatu.
Godzina 16, zostaje zdesantowany na krajowce pomiedzy Sucha a Makowem. Skladam rower do kupy, sluchawki na uszy i wio asfaltem. Makow, Skawica... podnoze pasma polic. Pogoda wybitnie nie rowerowa. Slonce mocno z gory operuje promieniami, potworny zaduch, a w garbie kolo 1.3l h2o. Leja sie ze mnie strugi potu, pojawiaja sie kordony olowianych chmur, po chwili rozlegaja sie grzmoty. Brak ssania w rurce... po ciagnacych sie w nieskonczonosc meczarniach docieram na przelecz, kupuje najdrozsza w swoim zyciu mineralke (4.00zl/1.5l), wrzucam w siebie 2 zabrane se soba batoniki i rozpoczynam atak na szczyt. Niebo przyjmuje ciemne kolory, jakby chcialo mi rzec 'won, bo piorunem dostaniesz'. Na Policy melduje sie kolo 19.30, burza na szczescie ominela mnie. Widokow brak - wilgotne powietrze, a Babia zaslonieta przez szara pierzyne chmur. Wrzucam garnek na glowe, patrzalki na twarz i jazda.
Odcinek Polica - Hala Smietanowa poprostu luks. Duzo miodnej technicznej jazdy. Troche waskich sciezek, pare fajnych dropikow, raz ledwo unikam wysypki - 1:0 dla mnie. Na koniec krotki podjazd/podejscie. Na Hali uderzam na zolty. Poczatkowo sune w dol tunelem z choinek, wyscielanym korzonkami i kamieniami. Po chwili sciezka nieznacznie sie poszerza i zaczyna sie techniczna wirtuozeria zzerajaca momentami psyche. Jade, tylni hebel dziala w systemie binarnym a przedni pelni role spowalniacza. Czuje caly czas rosnaca predkosc... w tej sytuacji pozostaje sie wbic w stok. 1:1. Kilkanascie metrow nizej trace przyczepnosc i laduje lewa dlonia prosto na korzeniu. 1:2. Odnawia sie kontuzja wiezadla, potworny bol przeszywa cala reke. Po chwili wstaje, nie moge utrzymac kiery w lewej rece, nie moge zmusic palcow do zaciskania klamki. Postanawiam dymac do gory zmaszczony fragment, przejezdzam jeszcze raz, tym razem czysto. 2:2.
Pare metrow nizej zwalone drzewo, przedni spowalniacz nie daje rady, przytulanka z sasiedniem drzewem i test twardosci gleby. 2:3. Reka odmawia posluszenstwa, probuje dalszej jazdy. Przedni hampel przechodzi rowniez w tryb on/off, pare akcji bliskich wysypy. W koncu przednie kolko sie blokuje, lapie uslizg. Rower leci pare metrow w dol, a ja czuje tylko potworny rozlewajacy sie bol w podbrzuszu. Zdaje sie, trafilem prosto w kamien. Probuje sie podniesc, dociera do mnie bol z innych czesci ciala - zebra, brzuch, kolano, bark, przedramie, twarz... Nie do konca wiedzac co sie dzieje, wskakuje na rower i jak w amoku tne szeroka szutrowka ponad 40 paczek przez Mosorny do Zawoji. Po drodze kilka zakretow wzietych na drifcie, mijam drzewa na centymetry. Dokrecanie na asfalcie robi sie uciazliwe, bol w podbrzuszu i zebrach coraz wiekszy. Modle sie, zebym nie mial urazow wewnetrznych. Reka nie ogarnia trzymania kiery. Dotaczam sie do z Zawoji do Skawicy i pakuje sie w czekajacy juz na mnie bolid.
Wnioski? Nowe klocki i zjazd do powtorzenia. Zdan - Polica 2:4.