Sa takie momenty, kiedy ukryty wewnatrz nas masochizm daje o sobie znac...
Dzieki niemu, a wlasciwie przez niego, jedzie sie w gory ze swiadomoscia tego, ze bedzie caly dzien lalo. Co prawda o 5 rano w Krakowie swiecilo slonce, jednakze Makow wita nas dosc bogatym deszczem.
W Skawicy sie przejasnia, po chwili zlewaja sie na nas hektolitry wody. Na Hali Krupowej wychodzi slonce, zmarzniecie pakujemy sie na chwile do schroniska, skad ogladamy kolejne opady deszczu.
Niektorym zaczynalo troche odbijac...
inni wypatrywali slonca.
Ciocia pogoda nie miala zamiaru zmienic zdania i raz po raz zlewala na nas kolejne strumienie wody. Na szczycie Policy, jak widac, piekne widoki. Panorama na Czyrniec i Babia.
Wprawne oko zauwazy rowniez tatry.
Zjazd okazuje sie masakra ;) W takich warunkach najlepiej okresla go fraza - "zero trakcji, masa atrakcji". I faktycznie, o jakiejkolwiek trakcji mozna bylo zapomniec, zostala gdzies na asfalcie. Kamienna scianka, ktora w normalnych, nawet lekko mokrych warunkach nie sprawia zadnych problemow, tym razem byla walka o przetrwanie. Kola uciekaja i uslizguja sie, jak sie tylko da i gdzie sie tylko da, Co ciekawe najciekawsze elementy trasy przejezdzamy czysciutko, bez wysypywania sie na glebe.
Na dole okazuje sie, ze mamy godzinke do odjazdu naszego polskiego teżewe z Makowa, wiec szybko zbieramy tylki i uskuteczniamy czasowke asfaltem. Ach te fulle!
Swoja droga, nie spodziewalem sie, ze bede w stanie utrzymac srednia 30km/h przy oponie 1.2 kg. Uciekajacy pociag to jednak dobra motywacja ;) Pzdr!