Zagadka: czym rozni sie ICM od kobiety? Kobieta zmienia zdanie co 5 minut, ICM co pare godzin. Sprawdzajac pogode poprzedniego wieczora, wyraznie bylo widac, ze bedzie padalo do 8-9. Rano dowiedzialem sie, ze bedzie do 14 :)
Fakt, faktem wiele to nie zmienia. I tak, i tak bym pojechal. Chcialem wskoczyc w jakis teren, wiec wybieram oklepana trase przez Las Bronaczowa i Pasmo Bukowca.
Krotka przerwa na zdjecie w Mogilanach i jazda dalej.
Ogladajac dzien wczesniej relacje z TransCarpatii 04', zapadly mi w pamiec slowa jednego z uczestnikow - "Na rower jest tylko pogoda dobra i bardzo dobra". Dzis zdecydowanie byla ta 'dobra' :)
W terenie gnoj wiekszy niz w zimie, takze full zabawy gwarantowane :)
W takie dni docenia sie wynalazki typu raincover, dodawane do plecakow Deutera.
Szkoda, ze takich samych nie opracowali na nogi :p
Dzisiaj zastosowalem zupelnie nowy smar, wyrabiany przez rozne zwierzatka, potocznie zwany blotem. Do dostania w kazdym dobrym lesie zupelnie za darmo!
Z mojej napedowej Kendy zrobil sie sie praktycznie slick, totez w blotku bylo naprawde sporo zabawy :)
Natomiast moje spojrzenie na swiat bylo... dosyc blotniste.
ICM - Jak mowia, tak robia! No moze, robia a zapowiadaja :p Deszczyk nieustanie pada...
No i moje ukochane podejscie niebieskim do pasemka Bukowca...
Jako, ze nie chce mi sie specjalnie isc po tym cholernym blocku pod gore, robie zdjacia kfiotkow :)
Jak widac, nawet kwiatki byly tego samego zdania co ja - deszcz musi odejsc. Swoja droga to jest fenomen - przez caly tydzien bywa sucho i ladnie, a w weekend leje.
Kiedys dopadne tego cwoka od deszczu.
Nie ukrywam, ze jazda w takich warunkach na -prawie- slikach byla, hmm, conajmniej interesujaca :)
Nie ma to jak szlak rozjezdzony przez ciezki sprzet, nie?
Wyjezdzajac z domu myslalem o - zaleznie od warunkow - wskoczeniu do Barnasiowki. Zjazd, a raczej splyw z Bukowca wybil mi ten pomysl z glowy :) No to lecimy asfaltem do Myslenic.
Mysle, ze do grona upierdliwego blota, oprocz oslawionego bieszczadzkiego, moze spokojnie dolaczyc myslenickie :)
Wbijam sie na niebieski i powoli turlam sie przez Swiatniki, Siepraw i Wrzasowice do Krakowa... Do tego momentu jechalo sie fajnie, ale powtorzyl sie scenariusz z zeszlego tygodnia - po jakis 50-60km zaczyna mnie znowu bolec kolano. Powrot staje sie prawdziwa katorga.
Jednak jeszcze o tym nie wiedzac, spokojnie strzelam sobie panoramke :)
Im dalej, tym bol coraz silniejszy, modle sie, zeby przejezdzajace auto mnie rozjechalo. Niestety nic takiego sie niedzieje i jestem zmuszony doturlikac sie do samej bazy, pod ktora zacznaja mi juz cieknac lzy. Odziwo po przekroczeniu progu domu bol magicznie znika. Zlosliwosc? Przekecone jakies 95km. Pozdro!