O 3 w nocy zbieram zwloki z cieplych domowych pieleszy i o 4:30 spotykam sie na dworcu PKP z kolejnymi dwoma porypancami - Chwalba i Jackiem. Zaspani wysypujemy sie w Suchej i rozgrzewamy na asfaltowej dojazdowce do Jalowca. Pogoda niepewna. Przez caly dzien towarzysza nam na przemian slonce i olowiane chmury wrozace deszcz. Wdrapujemy sie poczatkowo na dziko jakas sciezka, potem stokowka i na szczyt niebieskim. Zjazd... podjazd... zjazd... podjazd... Przetaczamy sie przez calkiem przyjazne rowerowi pasmo Medralowej i o 19 ladowanie w Korbielowie. Podjazd pod nartostrade i pchanie na Hale Miziowa. Calkiem fajna opcja dostania sie na gore, która zajmuje nam dokladnie 1.5h.
Widok na okoliczne pasma zapiera dech i wynagradza calodzienne trudy. Zachodzace slonce maluje wspaniale pejzaze wszystkimi kolorami teczy. Marcin i Jacek maja juz dosc, a gdy informuje ich, ze mam zamiar jeszcze wejsc na Pilsko, patrza na mnie wzrokiem mordercy. Nie mniej jednak udaje mi sie wyperswadowac im, ze jak mus to mus, i drapiemy sie na gore.
Zmeczenie daje o sobie mocno znac. Na polskim szczycie (Gora Pieciu Kopcow) jestesmy o 22. Slonce juz praktycznie zaszlo za horyzont. Ogarnia nas ciemnosc... Czas na night downhill. Jacek postanawia sprowadzic, rusza przed nami na dol. Wrzucamy na siebie zapasowe ubrania, garnki na glowy, a Marcin plastiki na nogi. Ruszam pierwszy. Widze tylko zarysy glazow i kamerdolcow. Pierwsza kamienna plyte mykam na lajcie, potem sekcja kamieni, 70cm uskok i dojezdzam do konca rock gardenu. Czekam na Marcina i razem zjezdzamy na Kope. Duzo czujnej, technicznej jazdy, gdyż noc bywa bardzo zdradliwa. Moj koncept nocnego przejazdu do schroniska na Hali Rysianki upada pod naciskiem reszty teamu... Zjezdzamy juz w calkowitej ciemnosci do schroniska na Miziowej...
Puk, puk. Kto tam? Deszcz ze sniegiem. Chmury, deszcz, bloto, czyli mokro i slisko - tak mozna okreslic warunki drugiego dnia naszego tripu. Przedstawiam chlopakom projekt ponownego wdrapania sie na Pilsko, tym razem juz na czesc slowacka. Nie musieli odpowiadac- ich wzrok znaczyl wiecej niz tysiac slow ;). W strugach deszczu ruszam sam na podboj, a z Jackiem i Marcinem ustawiam sie za 1h na Kopie. Tym razem nie licze na jakiekolwiek widoki... Kordony chmur skutecznie uniemozliwiaja zobaczenie czegokolwiek. Docieram na szczyt na slowacka strone. Jest- tabliczka Pilsko 1557m, a więc czas na dwie pozowane fotki taken by samowyzwalacz. Zimny wiatr + deszcz upierdliwie smaga zimnem po spoconym ciele, czas konczyc szczytowanie i walic w dol.
Po stronie slowackiej genialny singielek wsrod kosowki. Miodna, plynna jazda, naprawde mozna poczuc flow. Szkoda tylko, ze taki krotki :(. Czas na kamienna sekcje znana mi z poprzedniego dnia... Niby powinno byc lepiej bo niby jasno. Szkoda tylko, ze jest zajebiscie slisko od deszczu. Najazd na pierwsza plyte, tyl uslizguje sie na kamieniu i kolano zalicza bliskie spotkanie z matka ziemia. Wracam sie, powtorka, czysto. Reszte zjezdzam bez wysypy. Zabawa zaczyna sie kawalek nizej - super sliskie bloto, kolejny slide i wysypa. Po drodze dostaje smsa, ze zostalem wydymany - moja ekipa pojechala sama w strone Rysianki. Zostawili mnie :(
Z Kopy jeszcze super trudny technicznie (w tych warunkach...) singielek i jestem juz na czerwonym. Odcinek Pilsko-Rysianka genialny pod rower, polecam. Chwile schniemy w schronisku a potem lecimy zoltym do Rajczy na pkp. Zjazd bardzo szybki i widokowy, miejcami mozna spokojnie odpuscic klamki i poczuc magie predkosci. Szczegolnie koncowka po szerokiej sciezce po polanach zacheca do puszczenia wodzy fantazji. Budziki szybko pokazuja 40, a potem 50 km/h, kolka same odrywaja sie od ziemi. Na koniec milutki singielek i czekamy w Rajczy na pociag...