Pokazna, bo 9 osobowa ekipa napalonych na gory bikerow melduje sie przed GK, by wsiasc do ukochanego PKP, majacego zawiezc nasze tylki do Nowego Targu.
Krolik rzuca pomysl zjedzenia po paczku, i po chwili kazdy wpieprza po kilka. Przyjechali z wiochy zabitej dechami paczkami sie najesc ;)
Wyjazd zaczynamy od asfaltowej przeprawy przez miasto i wbijamy sie na szlaczek zolty na Turbacz.
Marcin twardo podjezdzajacy na swoim klocku...
Pogoda naprawde dopisywala - sloneczko, piekny widok na Tatry. Szkoda tylko, ze moj glupi jas nie byl w stanie tego uwiecznic.
O tym, ze kilkuletnie lancuchy maja tendencje do rozpadania sie, dowiadujemy sie wlasnie w tym momencie. Przymusowy odpoczynek...
Jak widac humory dopisywaly :)
Po sprawnej naprawie lecimy dalej...
...
Tak ostro podjezdzalismy z Marcinem, ze caly peleton zostal w tyle, wiec zaczailismy sie z aparatem i kamerka by uwiecznic podjezdzajacych Bikeholikow ;)
Krossiarzy polecieli do przodu, a my na swoich rumakach z gatunku swiniowatego powolutku dumamy do gory...
W koncu udaje nam sie dostac na szczyt, gdzie od jakiegos czasu chlopaki na nas czekaja...
ale niestety dzielnie bronili informacji o tym jak dlugo na nas czekaja.
Marcin stwierdzil, ze nie ma to tamto i naped musi byc czysty!
Jeszcze chwila odpoczynku...
...rzut oka na Tatry...
i mozna leciec w dol!
Fakt, daleko nie zalecielismy, bo kawalek dalej trzeba bylo znowu sie piac pod gore.
Wyjezdzajac na Czolo Turbacza Marcin stwierdza brak jednej srubki w bloku. Problem jednak zostaje rozwiazany - przyszlifowana srubka od tarczy hamulcowej pasuje idealnie :D A teraz... czas na ogien w dol.
Zjazd swietny, szkoda tylko, ze gdzies w polowie siodelko przekreca mi sie na bok (za slabo docisnalem przy opuszczaniu) i jestem zmuszony do zatrzymania sie i docisniecia...
Chwila oczekiwania na usterkowiczow i glebowiczow...
by dostrzec kolejna awarie - tym razem Marcinowe okulary zostaly... rozjechane.
Ale jak widac BikeGyver znowu dal rade i przy pomocy tasmy i nici dentystycznej doprowadza pinkle do stanu uzywalnosci. Ba, nawet mozna rzec, ze funkiel nowka, nie smigane!
Zjazd sie skonczyl i trzeba do gory znow cisnac... ponownie dzielismy sie na 2 grupy - krossowcy i enduraki.
Po wdrapaniu sie na Kudlon rozstajemy sie - Ja i Marcin lecimy dalej, a reszta ekipy wraca do domu pociagiem... jak sie pozniej okazuje, wracaja rowerami do Krakowa :p
Kilka ostatnich fotek pelnego teamu...
Za naszymi plecami pojawiaja sie ciemne chmury, zrywa sie wiatr i za chwile slychac grzmoty. A my prawie na 1300m.
My odbijamy czarnym na dol do Lubomierza...
Ktos jeszcze jest zdania, ze full face nie ma uzasadnienia w enduro?
Na szczescie sanitariusz Chwalba jest na posterunku i ratuje sytuacje.
Czarny szlak, ktorym wczesniej zjezdzalismy jest poprostu esencja hardcoru - dla nas nie do zjechania w calosci. Moze gdyby tak miec Karpiela Armagedona z Super Monsterem... albo poprostu wielkie jaja? ;)
Krotka przerwa na stacji benzynowej i lecim dalej, w strone Jasienia.
Jednak calkowity brak oznaczenia szlaku i dosyc pozna juz godzina przekonuje nas do skorzystania z opuszczonej chatki na zboczu...
i zrobienia sobie ogniska, upieczenia kieblasek i wypicia zlocistego eliksiru ;)
To jest klimat!
Nasze poslanko tuz po obudzeniu.
Kolejny dzien wita nas znowu piekna pogoda, ale lekko czujac trase z dnia poprzedniego powoli sie zbieramy do zycia...
Czas niestety plynie nieublaganie, wiec pakujemy manatki i ruszamy w droge, tymbardziej, ze plan na ten dzien byl naprawde ambitny.
Prujemy do gory szlakiem bez szlaku w strone Jasienia, bo pierszym punktem planu byla korona Wyspowego czyli Mogielica.
Na Jasieniu odbijamy na szlak zielony...
...szkoda tylko, ze nie w ta strone co trzeba. W polowie zjazdu orientujemy sie, ze "cos tu nie gra", bo profil trasy jakos nie chcial wspolgrac z poziomnicami na mapie, ktore wyraznie wskazywaly, ze czeka nas dymanie pod gore.
Nie bylo senu sie cofac, wiec lecimy dalej i po chwili docieramy do podnoza Cwilina.
Na ktory prowadzi szlak rowerowo - rozancowy.
Rozancowy byl niewatpliwie.
Rowerowy tez, aczkolwiek na lzejszym rowerku bez kilku kilowego ekwipunku na plecach.
Zicek... znaczu zucek :p
Bardziej naturalne widoki...
...i te troche mniej. W imie zasady "naped czysty musi byc", Marcin korzysta z plynacego potoku...
Ostatni kawalek podejscia pod szczyt dosc ostry, ale widok wynagradzal wszelki trud.
Innymi slowy - miazdzyl dupe :)
Niestety nie moglismy dlugo nacieszyc oczu. Zerwal sie silny wiatr zwiastujacy kolejna burze, a do tego goniacy nas czas.
Dlatego... czas na zjazd :) Siodla w dol i ogien!
Zjazd naprawde genialny, dla mnie jeden z fajniejszych. Miejscami dosyc ostro. Lapy nam pourywalo, dlatego tutaj krociotka przerwa.
Nowe malowanie piasty.
I kulisy kazdego wyjazdu - dopalacze.
Jedziemy do Kasiny Wielkiej, skad odbijamy na szlak czerwony, przez pasmo Lubomira i Lysiny, ktorym dotrzemy do samech Myslenic.
BikeGyver patentuje nowy sposob noszenia roweru - przypiety zipami do plecaka. Nie wroze jego pomyslom swietlanej przyszlosci...
I tak jak sadzilem, po 10 metrach z rowerem przytroczonym do plecaka nastepuje kapitulacja... o dziwo nie zipow, tylko Marcina :p
To zdjecie pokazuje dlaczego Beskid Wyspowy zwie sie wlasnie w ten sposob.
Przed nami dlugasny, lecz wygodny podjazd na Lubomir. Na samym poczatku uciekaja ze mnie wszelkie sily i ze spuszczona glowa pcham do gory.
Na gorze Marcin oswiadcza mi, ze podjechal to w calosci. Naprawde nie wiem skad wzial na to sily. On zreszta tez, bo godzine wczesniej zdychal.
Ale na tym nie koniec, bo okazuje sie, ze ten ciec zaczyna praktycznie wszystko podjezdzac! Wniosek z tego plynie jeden - im jest bardziej wydymany, tym ma wiecej pary w nogach. Ciekawe, ciekawe...
Z Uklejny staczamy sie calkiem fajnym zjazdem do Myslenic, gdzie robimy krotka przerwe i standarcik do Krakowa - niebieski przez Swiatniki.
Instalujemy lampki i docieramy do domow na 22... 135km tresciwego Enduro. Super towarzystwo, super pogoda, super szlaki. Pozdrawiam! :)