Na samym początku wycieczki postanowiliśmy trochę się wyluzować na bezludnych tasmańskich plażach.
Nasz plan w trakcie realizacji.
Po takim odpoczynku byliśmy gotowi wyruszyć w tasmański busz.
Off we go?
Mount Field National Park. Sprawdźmy, czy palmy na pewno są prawdziwe.
Raczej tak.
Rezerwat Mount Field rozciąga się na górzystym terenie, urozmaiconym małymi jeziorkami...
... i oferującym wiele przyjemnych widoków.
Jesteśmy na szczycie. W dole Lake Seal.
Idealne miejsce, żeby się na chwilę zatrzymać. Mnich tasmański w trakcie medytacji.
W rezerwacie nie uswiadczyliśmy zbyt dużo zwierząt, ale było trochę jaszczurek...
... i jeden wallaby.
Z powrotem na nizinach. Hobart to nieduże miasto, w którym panuje zrelaksowana, trochę senna atmosfera...
Życie miasta skupia się w porcie....
... i w lokalnych barach.
Nasz obiad, torbę owoców morza, kupiliśmy prosto z barki.
A to najstarszy most w Australii, Richmond Bridge. Zbudowany przez brytyjskich zesłańców i oddany do użytku w 1825 r.
Tak, delikatny powiew historii.
W Richmond trafiliśmy też na szkocki piknik i obejrzeliśmy konkurs szkockiego tańca.
Ta dziewczynka zdobyla u nas najwięcej punktów.
Kolejne miejsce, w którym zatrzymał się czas: Opossum Bay.
Miło mieć dom z zejściem na plażę...
... i przez cały dzien łowić ryby z fajną koleżanką.
Bardzo popularne w Australii drzewko, którego nazwy jeszcze nie odkryliśmy.
Kwiaty obsiadają masowo zielone papugi.
Południowa Tasmania i największe zbiorniki słodkiej wody w Australii.
Jezioro Gordon i Pedder gromadzą blisko 15 mld m. sześciennych wody i zostały stworzone sztucznie.
Zapora Gordona.
Widok z gory jest niezły...
Have a look :)
Zmiany poziomu wody zawsze zostawiają jakiś ślad w krajobrazie. To był jeden z naszych ostatnich widoków w Tasmanii. Potem popędziliśmy do Hobart, oddaliśmy nasze złote Mitsubishi firmie Hertz i po 1.5 godziny lotu byliśmy z powrotem w Melbourne.