Jeden z ostatnich jesiennych (czyt. majowych) weekendow spedzilismy w okolicach Apollo Bay na Great Ocean Road. Pretekstem do wyjazdu byla impreza biegowa w Apollo Bay.
Mam na imie Ewa. A ja - Nirali. Przyjechalysmy tu wygrac.
Ruszamy! Mimo choroby i lekkiej goraczki. Twardym trzeba byc, nie miekkim.
Czekajac na dziewczyny, razem z Martinem idziemy ogladac zatoke.
Jak widac, nawet o tej porze roku duzo jest amatorow surfingu.
Bo i jak tu usiedziec w domu, kiedy woda ma taki kolor....
Ladies & Gentlemen, zwyciezca tegorocznego biegu na dystansie 6.5 km zostala....
Ewa!!! No dobrze - przynajmniej dla mnie! Za taki usmiech przeciez nalezy sie medal!
Kondycja niewiele ustepowala jej nasza kolezanka z dalekiej Kalifornii.
Jeszcze chwila dla fanow i dziennikarzy.
Nieco pozniej, po kolejnym biegu, tym razem na dystansie 14km na mete wpada razem niemiecko-polski duet: Martin i ja. 72 minuty i 15 sekund.
W nagrode 72 minuty goracej odprezajacej kapieli w motelowym jacuzzi. Przeplatanej 15 sekundowymi skokami do lodowatej wody w basenie obok.
Nastepnego dnia sniadanie z widokiem na finiszujacych prawdziwych twardzieli - polmaratonczykow i maratonczykow.
Takich jak ten oto Iron Man. Ow jegomosc ukonczyl w sobote bieg na 6.5km na jednym z pierwszych miejsc, po czym godzine pozniej widzialem go na starcie naszego biegu na 14km. I zakladam, ze byl to tylko trening przed niedzielnym maratonem....
Za rok tez tacy bedziemy!
Potem ruszylismy juz w kierunku Dwunastu Apostolow. Pogoda zmieniala sie jak w kalejdoskopie...
Raz wialo i padalo....
... a za chwile swiecilo piekne slonce.
I wreszcie u celu podrozy! - hurrrra!!! (zdjecie: Martin Petzold)
Reszte zdjec pozostawiam juz bez komentarzy... Powiem tylko jedno - bardzo nam sie podobalo i chetnie tam znowu pojedziemy...
The End