Te zdjecia sa z dnia odnowienia przyrzeczen zgromadzenia. Oto bohaterzy tego dnia: hermano Pedro (blizej) i hermano Robert (dalej)
Caly kosciól trwa w napieciu...
No i Robert. Prawie umial na pamiec :)
Nasz triumwirat :) Od lewej: Pedro, Robert i Martín
Zdjecie, które jest moja duma: Martín ze swoja kuzyneczka. Jego rodzina jest z Piura.
To zdjecie nazwalysmy: z rodzina sie najlepiej wychodzi na zdjeciu :)
Juz prawie na wychodnym z Boscoonii.
Czekajac przy bramie na transport :) To znaczy na bus z reszta naszej wspólnoty. Byl to dzien "wychodnego" dla wszystkich
A oto i nasze kombi. To co? wsiadamy w biegu? ;)
... Czyli udalismy sie na obiad do jednego z centrów rekreacyjnych. Cala wspólnota.
Pod parasolem, w sloneczku... Pelna rekreacja.
Wbrew pozorom to nie jest obrazek z przypowiesci o synu marnotrawnym...
Hmm... Ubodzy posiada ziemie ;)
Nie, tylko nie to! Co innego, gdyby to jeszcze byl mikrofon... Martín woli zdecydowanie napój ze sfermentowanej kukurydzy (chicha), który stoi na przodzie w glinianym dzbanku.
Kelnerzy nie maja zadnych szans... Nawet jezeli jeden sandal jest... no...nie na nodze :)
Padre José Antonio. Jeszcze z nami. Niedlugo po tej niedzieli spakowal swoje rzeczy i udal sie do pracy w szkole salezjanskiej w Limie
"Stól dla mnie zastawiasz..." heheheh, "na oczach mych wrogów" :)
A oto wspólnota prawie w komplecie. Stoja od lewej: brat Agustín, padre Juan, schowana pani Jadwiga, padre José Antonio, hermano Pedro, hermano Robert. Na ziemi od lewej: (?), hermano Martín, Agnieszka Slowik. Nasz przelozony zawsze ucieka... Do czasu :)
Taaaki zmeczony...?
A pani Jadwiga komentuje nasze wyglupy stoickim spokojem... Nawiasem: przyjechala tutaj, zeby pracowac w tutejszym centrum medycznym. Troche pomagala podczas wakzcji, prowadzac warsztaty z angielskiego.