Rozpoczęło się standardowo - wśród chaszczy i z wytężoną miną.
Nieco dalej trafiliśmy nad strumyk. Majka uparła się, by coś do tego strumyka wrzucić. Samą siebie też było fajną opcją.
Gdzie są kamulce do rzucania? No gdzie?
"No ale jak to tak, ta woda tam wpływa i wpływa i gdzie niby się cała mieści? " :)
"A, już wiem gdzie się ta cała wpływająca do tunelu woda mieści - w drugim otworze tunelu! Jestem genialna!" :)
Na spacerze widzieliśmy różne rzeczy. Tu potwierdzenie, że wokół Poznania jednak coś jeszcze żyje!
Okoliczności przyrody były czegoś straszne...
O proszę jakie ładne kwiatki oglądaliśmy.
Inne, też ładne bo żółte, kwiatki.
Majka uczy się robić swoje pierwsze w życiu balony z balonówek. Przezabawny widok :)
"U, widzę jakieś UFO albo co..."
Majcia jak na grzeczną córeczkę przystało, zebrała mamci bukiet kwiatków. Małych. Bukiet też do wielkich nie należał. W konsekwencji nosiłem go tak czy inaczej ja.
To niewiarygodne ale ta mała pochłonęła po prostu tę zapiekankę. Całą. Gdzie to się w tych dzieciach mieści?
Proces pochałaniania zapiekanki...
I ciąg dalszy pochłaniania. Tu, droga wycieczki, widzimy pełne zaangażowanie.
Na spacerze widzieliśmy miejscami całkiem ładne rzeczy.
Majka jako przyszły naukowiec wzięła i zaciągnęła mnie na Uniwersytet.
Pierwsze kroki na uniwersyteckich stopniach kariery.
Papa CoSTa udaje, że chce mu się jeszcze czegoś uczyć.
Uniwersytet okiem dziecka...
OK, starczy tego uniwerku. Oto zdrowa reakcja na całą tę wiedzę.
Jak to na Uniwersytecie - nie obyło się bez wykładu :).