Zaczęliśmy naszą wycieczkę od spotkania z pieskiem, który jak widać wie jak sobie poradzić i mieć dupsko wożone a nie biegać samemu. Brawo pies!
Brzydka ściana i dwie moje ładne kobitki. Musiałem fotę walnąć. Po prostu musiałem.
Z cyklu "mamo jak ja cię kocham!". Fajnie wyszło :)
Ostatnio czesze i goli mnie Doropha. Zażalenia do niej proszę słać :)
Jestem zachwycony tą fotką. Wyszło świetnie. Doropha jako cień na tle samochodu - zdecydowanie fajne zdjęcie.
W stronę Starego Rynku. Poznań najpiękniejszym miastem pod Słońcem nie jest ale i tak fajnie się tu błąka.
Przystanek na żarełko Pod Koziołkami. Było niedobre - moja pyra ponoć pieczona i podawana z masłem i ziołami była co najwyżej ugotowana a i to niezbyt dobrze. Nie polecam tej restauracji.
Kochana nasza alergia... Jakże by nam było bez niej smutno...
Moja żonka w dziwnym wyrazie pyska. Ona już tak niestety ma :).
Rzut aparatu na fontannowego chłopka roztropka. Fajny kamulec z niego :).
O, poznańska fontanna przedratuszowa w pełnej swej krasie. Niebrzydka cholera jedna, trzeba jej to oddać.
Moja żona jest strasznie pyzata i śmieszna i pomarszczona (tak sama o sobie mówi siedząc koło mnie i gapiąc się na siebie :)).
Da Majek w roli złego pirata.
Majka ulubiła sobie skwareczki i skrzętne je łowiła. Była w tym całkiem niezła, serio!
A takie ładne kwiatki nam przy jedzeniu nienajlepszego żarcia towarzyszyły. Serio, Pod Koziołkami już nie daje dobrze zjeść. Szkoda.
Poznań potrafi być uroczy.
W drodze do Starego Browaru musieliśmy minąć i Marycha.
Żeby nie było złudzeń - sklep dziecięcy Smyk, Stary Browar i oferta owego sklepu dla małych dziewczynek: słodka sukieneczka z różowym deseniem. Tyle że ten deseń to...
TRUPIE CZACHY! YYES! Przepiękna sukieneczka! Niestety Doropha coś miała przeciwko różowym trupim czachom na sukience naszego dziecka i tym sposobem nic z zakupu nie wyszło :/.
Majka coś mi strasznie tłumaczyła. A tłumaczy moja córka zazwyczaj z DUŻYM zaangażowaniem.
Nie ma to jak poić dzieciaka Wyborową z sokiem :). A fota swoją ścieżką rewelacyjna. Strasznie mnie się podoba.
Doropha raczyła się kawą. Czy z domieszką czegoś - nie wiem. Znając moją żonę, pewnie tak.
Zamówiły sobie po torcie. Coś Wam powiem: w życiu nie jadłem czegoś tak obrzydliwie słodkiego, że chciało się pawia rzucić. Doropha zeżarła kilka łyżek i miała dość. Jako że jedyny w naszej rodzinie zważam na coś tak trywialnego, jak finanse, nie pozwoliłem na zmarnowanie się 10 złotych i skończyłem jej porcję.
Majka pochłania torta czekoladowego. Ten był po prostu pyszny i skończenie jej porcji nie działo się pod przymusem. Ogólnie zaś: wrąbałem kilokalorii tyle, że wolę nie myśleć ile wiosek afrykańskich by za nie przetrwało przez tydzień. Przy okazji - fotka podoba mnie się. Majka z perspektywy ciastka to jest to! :)
"Mniam! Zjem cię!" - ileż tu pasji... :)
Da Majek jako tortowy pożeracz. Potwór! :)
Dwie Majki.