Babcia Wula i da Majek pakują prezenty. Ileż było przeganiania... "Nie wolno wchodzić!".
Zaraz zapakuje się jeden z wielu prezencików dla Dorophy. Tu jakiś dwustronny tusz do rzęs. Tja, ciekawe czemu nie wymyślą jakiegoś siedmiostronnego.
Doropha dzierga jakieś stroiki. Zielska mamy w chałupie sporo. To i dobrze, bo przynajmniej nie wali aż tak tymi fajkami.
A to prywatna choineczka Majusi, która stanęła sobie w jej pokoiku. No co, nie mieliście nigdy swoich własnych mini-choinek? :)
Da Majek przygotowuje się do Wigilii. A jak, musiała się odwalić jak trzeba :)
O, tak wygląda odwalony Majek. Ładna ta nasza coreczka, niech ją szlag.
Pod choinką piętrzą się prezenty. Było ich w tym roku dużo, solidnych i przydatnych. Choinkę kupiliśmy bardzo rozłożystą, by było jak i gdzie te prezenty popakować. Ledwie starczyło miejsca. I o to właśnie chodzi! :)
Duża i rozłożysta choinka została przystrojona w duchu minimalistycznym. Czytaj: łożeszkurczę, nie styka nam bombek! :)
"Zielony zakątek" czyli telewizor w otoczeniu zieleni. Nawet fajnie to na żywca wygląda, serio.
Da Majek głodny jak jasna cholera. W oczekiwaniu na żarełko pokrzykiwała "Mamoooo! Ja chcę pieroooogiiii!".
Ciągle czekamy na żarcie. W międzyczasie strzelamy ultragłupie miny i pozy :)
Dziubek w wykonaniu da Majki. O właśnie tak wygląda dziecko, które już jest bardzo głodne, brzuch ma pusty i nie może się dokrzyczeć mamy z jedzeniem :)
Majka siedziała przy stole, waliła widelcem i czym tam jeszcze w ów stół i skandowała "Ja chcę jeść! Ja chcę jeść!".
Po kolacji rozpakowujemy prezenty! Dziadek wyciąga któryś z koncertów, Doropha wyciąga swojego iPoda.
Roznoszeniem prezentów zajmowała się Majusia. Oj miała biegania nieco ale chyba jej się ta rola spodobała. Tu niesie iPoda dla papy CoSTy. Fajnego iPoda :)
Szaleństwo prezentowe. Każdy coś tam rozpakowuje.
Da Majek w otrzymanych diabli wiedzą od kogo insygniach królewizowskiej władzy.
Majka dostała też taką rewelacyjną sukienko-bluzę, której dodatkowym ficzerem jest to, że ma zamek zamykany po sam koniec kaptura. Wygląda to czadowo a na fotce widać Majkę, która się zapięła po sam koniec kaptura. Rewelacyjna zabawka :)
Da Majek dostał najprawdziwsze pod słońcem różowe kapcie. Traumatyczny widok!
Różowa trauma na nogach mojego dziecka. Żeby nie było - moje dziecko jest szczęśliwe mając takie traumatyczne kapcie :).
Wyjście na spacerek. Da Majek, Doropha, babcia Wula i papa CoSTa ruszają na miasto.
Na mieście zaczęło się od oglądania sukien ślubnych. Majka wciąż myli je z sukienkami księżniczek :)
Na brzydkim rogu, brzydkiej ulicy brzydkiego Poznania.
Zaraz wleziemy na Rynek. O dziwo - ludzi dziś postanowiło ruszyć tyłek sporo. Bardzo sporo. Coś mi się kurna składnia popsuła :)
Wejście rynkowych smoków :).
Big choinka ozdobiona po prostu biednie... Poznań jako miasto gaśnie po prostu. Zero inwestycji, zero wydarzeń, zero jakiegoś WOW-factor. To wszystko przejął Wrocław chyba :/.
Majka i widokóweczki.
Baloniki. 18 zyla sztuka. Pieprzony rozbój, ot co.
Transakcja odbyta. 18 złociszy popłynęło w ręce balonikowego naciągacza. Oby mu w gardle to stanęło.
Da Majek trenuje balonikowego motylka. O dziwo - wychodziło jej to całkiem składnie.
Nie mam bladego pojęcia, na co się wtedy laski gapiły. Niemniej fajnie wyszło :).
Ruszamy dalej. Balonikowy motylek opanowany. Wytresowała go Majka jak trzeba.
Ruszamy sobie Rynkiem dalej. Zaczyna laskom być zimno...
Aaaaa! Zaatakował mnie motylek!!!
Co prawda motylek mnie nieco wcześniej zaatakował, ale na szczęście Majka zapanowała nad sytuacją i motylek dostał OPeeR co się zowie.
Jako że balonikowy motylek chciał się zerwać z uwięzi i bardzo chciał na wolność, moje dwie kobiety obiecały sukinkotowi ból i cierpienie i przywiązały drania do da Majka jak trzeba. Niechaj mu głupoty we łbie się nie lęgną...
Poznańska ulica. Nawet fajnie wyglądała w tym zachodzącym słoneczku.
Doropha i da Majek marzną i myślą tylko o przyjemnym, ciepłym przytułku. Wtedy powstał plan ruszenia do Fary!
Jeszcze tylko rzut oka na Ratusz i okolice...
Jest! Fara! Będzie ciepło!
I już w Farze. Zamiast "ciepło", było tam "tłoczno". Da Majek ma serdecznie dość kościelnego zadęcia (moja córka! :)), Doropha udaje, że się modli a tak po prawdzie to się grzeje :).
Ciekawe, czy to złote dookoła to prawdziwe złote, czy nieprawdziwe? Jeśli prawdziwe, to dziś wieczorkiem nawiedzę to miejsce ponownie, w nieco innych niż turystyczne celach :).
Jeszcze więcej złota. Najwidoczniej bóg, który ponoć cale to złoto stworzył, ma go wciąż za mało. Dziwny ten bóg...
Sporo napisane a w sumie chodzi tylko o to, by wytłumaczyć, po kiego te wszystkie złocenia są. Dalej nie kumam po co one ale skoro tak ma być...
Jeszcze więcej złoceń. Najwidoczniej bez złota nie da się wierzyć w katolickich bogów.
Majka i Doropha wychodzą z kościoła strzelając przepisowego dziubka :).
Okolice Fary są znacznie ciekawsze, niż sama fara.
Doropha znów strzela jakiegoś dziubka. Nie mam pojęcia, dlaczego tak robi. Pewnie to starość :).
Matko jedyna, moja żona jeśli nie strzela dziubka, to wyciąga ozór. Co się dzieje? Aż taka demencja? :)