Rycerka. Start był mało rowerowy. To znaczy mało pedałowania. Bo dźwiganie tego po peronowych schodach jest piiiiiip!
Przenosiny bazowego majdanu z "zimowego leża" w Rycerce na Przysłop mają swoją ciężką fazę.
Na szczęście krótką. Reszta jest lżejsza.
Tylko że sporo tego.
Ekipa pracuje z ułańską fantazją, choć wbrew standardom BHP :).
W biały dzień widać Wielki Wóz.
A robi się coraz większy.
Pieczu to rasowy Harnaś :).
Konsumpcja mandarynki - metoda grawitacyjna.
Metoda mechaniczna.
Metoda kombinowana.
W drodze. Rycerka zapowiada niezłą zabawę na wodzie.
Traktorowy uphill. Tu się nie da zrobić ostrego zdjęcia. Nawet pion nie chce być pionowy.
Baba (i paru chłopów) z wozu, traktorowi lżej.
Teraz idzie jak burza.
Bazowe zaplecze przetrwało zimę w dobrym stanie.
Ale owczarnia nie miała tyle szczęścia.
Teraz wyładunek.
Najpierw drobiazgi.
Na koniec piec pod pieczą Piecza...
...jedzie na parter.
Gdy się NS pnie do góry...
...kiedy dłonie chętne są...
Wyprawa po piwo, czyli XC na slickach 1,5".
Beskidzkie świerki.
Teraz nie da się nie trafić.
Nawet po wielu browarach. Zielone namiociki wiodą jak po sznurku.
A w bazie praca wre.
I koło nowej wiaty nie będzie już grzęzawiska.
Zmęczyłem się jak wojtyszkowy Fum. Pora więc odpocząć :). Jutro wypad na Ostravicę.
O kurde! To gdzie jest początek?
Priehrada Šance. Cel blisko.
Ekipa Jooonyyy już na wodzie. Mimo że długo na mnie czekali.
I ja muszę się spieszyć, bo zaraz "zamkną kurek" na zaporze.
Pamiątkowe zdjęcie (na wypadek, gdyby tego tu nie było jak wrócę). Ale przednie kółko i siodełko biorę ze sobą.
Ostravica przy potężnym ziemnym wale zapory Sance wydaje się niewielkim potokiem.
Tę kaskadę na zniszczonym jazie spływa się dość łatwo (choć część wodniaków przenosi łódki).
Tej już nie.
Kaskada Pereje jest do pokonania tylko przez bardzo doświadczonych kajakarzy.
WW IV/V (zależnie od ilości wody z zapory).
Widok z progu w górę.
I w dół.
Widok z cofki poniżej. A pokonanie tej kaskady (przy większej wodzie) wygląda tak: http://www.tinyurl.pl/?cmChLofH
Gdzie ja jestem? Niedogadanie się z Czechem na przenosce koło MEW kosztowało mnie kilkaset metrów chaszczowania.
Ekipę dopadłem dopiero na mecie. A wszystkich nas dopadł deszcz.
Ale! ...Jest na to rada.
Jooonyyy znów pod zaporą. A mój wehikuł nietknięty :).
Już jest normalny stan wody.
Tak, na oko, ze trzydzieści centymetrów niższy.
Zanim ruszę na trasę powrotną - piwo i country :).
Idzie noc.
Na szczęście można się "serwisować" na stacjach benzynowych w Czadcy...
...i w Zwardoniu.
Do bazy dotarłem po czwartej. Widać zmiany.
Deszczowy poranek i niewyspanie zniechęciły do zmagania się z Sołą od Czańca, w ramach spływu "Trzy zapory".
Zjazd na ciężko. Oby nie złapać kapcia, bo sprzęt serwisowy jest w przyczepce. A ta - w Rycerce.
Nie tą łapką, mała nazistko!
Prawie koniec.
Choć do domu jeszcze dłuuuga droga! :)