Niedźwiedzie w samolocie
Queen Street w Glasgow
Autobusem do Milngavie - ciągle w pełni sił.
Idziemy!
Nasz pierwszy nocleg. Jeszcze nie wiemy co nas czeka.
Pełne skupienie i inteligentno-śniadaniowy wyraz twarzy.
Takim to dobrze.
Linie wysokiego napięcia często bywały punktem orientacyjnym.
"Śmieszna góra"
W czapce Armii, która ostatecznie okazała się zbyt ciepła.
Ania zastanawia się czy sił wystarczy.
Autoportret w Najstarszym Szkockim Pubie.
Szkocki dywanik
Marta dość szybko przegląda menu (wszyscy są głodni).
"Jumbo sausage"
Niedźwiedzie z Martą i Coca-Colą (ta druga zaraz się skończy).
A może by jednak wrócić?
Domek pod drzewem.
Ja poproszę jajecznicę.
Ładnie, nie?
Loch Lomond - największe szkockie jezioro.
A.utorka zdjęć.
Widok Loch Lomond z Conic Hill.
W poszukiwaniu straconego zasięgu.
Hikerloguję.
My to są.
Gonię owcę.
Tam płyną 4 kaczki!
Góry + woda = najlepsze połączenie.
Zdjęcie na okładkę "National Geographic".
Cień jest esencją.
Głupie miny cz. I.
Głupie miny cz. II.
Marta zwykle zostawiała nas z tyłu, czasem się tylko oglądając ;)
Dobra mapa - wodoodporna, a nie laminowana!
Grunt to mieć tę samą wizję.
To ja - Rob Roy!
A tu dziewczyna Rob Roya.
Chwilę po meczu piłki nożnej (znaleźliśmy jakąś na plaży).
Zabytkowy cmentarz.
Zdrówko! Nigdzie indziej nie ma takie wielkiej czekolady za dwa funty.
No i ogólnie dobrze wspominamy ten fish-and-chipsowy bar.
Szkocki pociąg (nie mówcie nikomu, ale przejechaliśmy 10 km). Marta oczywiście szła piechotą ;)
Widoki tego dnia były naprawdę niesamowite.
Teraz ty mnie trochę podźwigasz, wstrętny plecaku.
Dobra, to w którą to stronę miało być?
Pod tym hotelem w nocy zaatakowało nas stado dzikich saren! Na szczęście bały się latarki i mego donośnego głosu krzyczącego: "sio!" ;)
Bar w "Ice Factor".
Park linowy w "Sky Factor". Fajna sprawa.
*
Klasyczny, stereotypowy szkocki widok.
Ostatni camping.
Jesteśmy!
Lotnisko Prestwick.
Lot powrotny.