Pierwsza nasza wyprawa do miejscowości EL GOLFO . Za tą czerwona skałą powoli wyłania się krater Wulkana a w sumie jego połowa.
idziemy zwiedzać plaże z wulkanicznym piaskiem. I zerknąć w paszcze besti która na chwile przysnęła :)
a oto niewielkie jeziorko (staw) blisko skalnego urwiska, z czystą szmaragdowozieloną wodą .Pływanie w nim nie jest bezpieczne z powodu ostrych podwodnych skał . Jak widać krater choć połowa to i tak olbrzymi musiało wtedy niezle pierdol..... :) po lawie został czarny piach i ta sadzawka :) ale nie uspiło to naszej czujności tam pod spodem na pewno cos sie gotuje :)
unikalny wulkaniczny krajobraz
Jeszcze jedno ujęcie na strukturę skalną.
czarny piach
Pozostałości drugiej połowy krateru rozerwanej w trakcie eksplozji.
To w przeważającej części suchy obszar, jednak tak niezwykły, że UNESCO uznało tę wyspę za rezerwat biosfery.
Zeszliśmy jeszcze obok poogladać okolice krateru zanim wejdziemy w paszcze potwora :)
czarne plaże też mają swój urok
Malutki język lawy który wpłynął do oceanu i zastygł.
Piękny czerowny kolor tych skał kiedyś musiało być tu strasznie gorąco :)
Tony Halik jak zwykle musi wszystko zobaczyć z bliska :)
W poszukiwaniu płynnej Lawy :))))) ona na pewno gdzieś tu jest :)
trzeba uciekać chyba idzie przypływ
Następny jęzor lawy zastygły po wpłynięciu do oceanu. Zrobiła się z tego fajna rynna. Kiedyś tu w tym miejscu woda kipiała w koło kłebiły się gęste obłoki pary kiedy ten czerwony jęzor wtargnął w otchłań, teraz to twardy pewny grunt ale gdzie nie gdzie ostry.
El Golfo to mała wioseczka żyjąca chyba tylko z turystów którzy przyjeżdzaja podziwiać krater wulkanu z góry, aby wejść do krateru trzeba go objechać z drugiej strony. Więc jedziemy :)
Z tej stony można spokojnie cichaczem wejść w samo gardło tej Besti. Oby się tylko nie przebudziła :)
Dno krateru zimne i sypkie uffff... jesteśmy bezpieczni.
Kiedyś musiało być tu nieźle gorąco. To chyba kolejne poziomy podnoszącej się lawy.
Pożyczyłem od Rudej większe gogle żeby nie oglądać tej tragedii :)
Do jeziorka niestety nie można podejść jak widac na załączonym obrazku
fajnie się siedzi na tym czarnym piachu , nic a nic nie brudzi
Tak skutecznie rozdrabniają się te kamyczki że wygląda to na jednolitą płynną masę :) prawie jak polskie zwykłe błoto z tym wyjątkiem że nie brudzi.
Oto zbliżenie na ten czarny piach.
dalej w drogę odkrywać nowe zakątki wyspy. Jedziemy przez rzekę lawy ale dosłowie to była ogromna rzeka lawy która wpłynęła do oceanu. Człowiek tylko przerzucił przez nią niteczki tego asfaltu którym własnie jedziemy.
fajna ta lawa. Po horyzont nic tylko zastygła lawa. Kilkanaście lat wcześniej nie mielibyśmy szans na przeżycie w tym miejscu :) no może trochę wiecej niż kilkanaście lat :)
To miejsce zwane jest kipiącą wodą. Tutaj zmagały się dwa żywioły.
W tle jeden z wielu wulkanów.Nad wyspą góruje aż 300 wulkanicznych stożków .
Pomysłowość tych ludzi a szczególnie jednego artysty czasami zdumiewa. W zwykłej lawie poprowadzili uliczki dla zwiedzających.
Wyglądało to jak labirynt :) gdzie nie które scieżki kończyły się dziurą w ziemi gdzie w środku szalała woda.
Nadal jesteśmy w miejscu Kipiącej Wody łażąc po labiryncie ścieżek.
Szkoda tylko że nie natrafiliśmy na większe fale ponoć wtedy jest fajne widowisko które można ogladać z paru balkoników :) Prawie jak Romeo i Julia tylko gdzie ten Romeo :)
Tutaj w tym miejscu przy większych falach woda tworzy widowisko Kipiącej Wody. Niestety te wypierdki które chciały się zwać falami nie dały mi spodziewanego widowiska :)
Czasami coś tam próbowały pokazać ale to nie było to na co czekałem :)
No czy to można nazwać kipiącą czy tam wrzącą wodą ??? :)
Jęzor lawy wdarł sie w głąb wody.
Gdzieś tam pod nami szalała woda i tylko gdzie nie gdzie lawa pozostawiła okienka do wglądu.
To wszystko kiedyś było w ruchu i płynęło i płynęło ..... :)
Kolejna dziura a na dnie fale rozbijające się o skałę.
Czasami się zastanawiałem czy jak by ktoś wpadł do takiej dziury to czy by go fale wypuściły z tych korytarzy.
woda naprawdę czyściuteńka aż chciało się wskoczyć ale co dalej :)
deszcze prawie tu nie padają , więc korzysta się wyłącznie z odsolonej wody morskiej .
Powoli wracamy do samochodu. Może jeszcze parę słów o pogodzie bo też jest to ciekawe zjawisko. Jedna część wyspy pratycznie przez cały czas jest w chmurach czyli tam gdzie te wulkany co było wybawieniem dla naszych poparzonych ciał, a druga cześć wyspy była w słońcu.
Tylko czaił się żeby wybuchnąć, raczej nie mielibyśmy szans na ratunek. W trakcie wybuchy chmura pyłu i gazu rozgrzana do 300 stopni celcjusza potrafi z predkością od 150 km do 300 km na godzinę spłynąć do atlantyku. W tych okolicznościach i znając te fakty czułem sie jak na polu minowym :)
Ruszamy dalej naszą niteczką asfaltu po rzece lawy.
Ach no tak jeszcze zdjęcia od strony Romea do Juli :)
Raczej nie wróże udanej i bezpiecznej drogi pod balkon Julii :) ale ponoć miłość dodaje skrzydeł :)
Romeo jednak dotarł na balkon tylko gdzie ta Julia :)
A to wydobycie soli z wody oceanicznej- ciekawy sposób zalewają wodą takie przygotowane kwadratowe bajorko i czekają aż woda wyschnie i wystarczy tylko zgrabic wsypać do solniczki albo na sklepowe półki :) i musze przyznać nie jest tania taka sól przynajmniej dla turystów :)
To juz jest chyba jeziorko z wybraną solą ale sporo jeszcze tego zostaje. Rudzia za moment będzie degustować :)
jeszcze pokaz i....
degustacja soli rzeczywiście słone
Dojechaliśmy do najbardziej rozreklamowanych plaż Papagayo na wyspie Lanzarote. Tu też wpływające języki lawy porobiły między sobą laguny gdzie wiatr z sahary ponawiewał piaskiem.
Woda krystalicznie czyściutka. Plaża namierzona teraz tylko z powrotem po sprzęt do nurkowania i kremy z filtrem :)
Cały przylądek objęto ochroną jako rezerwat przyrody . Wjazd na teren chroniony kosztuje 3 Euro od pojazdu . Dalszy odcinek drogi jest gruntowy ale przejezdny jak widać dotarliśmy .
Można było wykupić sobie wycieczkę katamaranem i popłynąć w 6 godzinny rejs gdzie na końcu właśnie dobijał do tych plaż gdzie można było popływać z maską i rurką.
Tak wygląda uprawa winorośli .
Ogrodnicy z Lanzarote odkryli że na czarnej wulkanicznej glebie, winne krzewy przynoszą obfite plony .
rośliny osłonięte są łukowatymi murkami z kamienia ,w których rozwijają się zasadzone rośliny .
A oto już winiarnia trzeba kupić flaszeczkę .
Produkuje się tu i sprzedaje wino małmazja .
A oto wnętrze winiarni , podłoga wyłożona jest piaskiem wulkanicznym .
w oddali Pani nalewa wino do butelki .
Kupilismy jedną butle na wieczór żeby nikt nie był poszkodowany a Rudzia chlapneła jedna lufę w ramach degustacji :)
winogrona rzeczywiście bardzo słodkie rudzia zerwała kilka kiści .
a to widok z tarasu winiarni na te urodzajne pola
Przed naszą mieściną między Stolicą wyspy Arrecife a Costa Tegusie natknelismy się na ten przepiękny wrak. Jak byśmy go sobie wszyscy wykupili i odremontowali to była by najlepsza knajpa we wrocku :) hahahahaha
Nie wiem jak to sie stało ale dałem się namówć na oglądanie wschodu słońca :)))) myślalem że to ta lampa ale wyprowadzono mnie z błędu :)
Jak juz pisałem pogoda na wyspach jest dziwna nawet jak nad oceanem są chmury to trzymają sie z daleka od brzegu no chyba że po tej drugiej stronie. Ponoć jest tak dlatego że suche wiatry wiejące od sahary rozdmuchują chmury po tej stronie wyspy. Lecz niestety wschodu słońca się nie zobaczy przez taką pierzynę :)
Bez komentarza :) w końcu miesiąc miodowy trzeba przytulić małżonkę :)
:))))))))) oglądanie wschodu z zamkniętymi oczami :))))))
teraz zwiedzamy pieczarę Jameos del Aqua , w której słynny artysta Cesar Manrique urządził centrum kulturalne w stylu New Age .
Manrique wybudował w jaskini dookoła bary , restaurację, basen , salę koncertową na 600 osób ponoć z rewelacyjną akustyką .
Groty te powstaly w skutek pęcherzy powietrza które zostały uwięzione w płynącej lawie a potem zastygły tworząc puste przestrzenie w skalne.
super wyglądały paprocie podwieszone w metalowych koszach .
to jest jeden bąbel powietrza który łączy się z drugim.
a oto jeziorko . Kipiąca lawa zastygała gwałtownie zsuwając się ku morzu, wodzie jednak udało się przedostać do środka i utworzyć lazurowe jeziorko .
Rudzia nie mogła się oprzeć fotografowaniu roślinek :)
ławeczka krótki odpoczynek .
Malutkie białe centki na dnie to ślepe kraby żyjące wyłącznie w głębinach oceanicznych . Nie wolno do wody wrzucać monet rdzewiejąc mogłyby zaszkodzić tym unikalnym zwierzętom .
Pomost też fajnie wkomponowany w otoczenie.
Powoli przechodzimy pomostem do drugiego bąbla :)
Po drugiej stronie na początku niewinnie ale całkiem miło :)
Jeszcze tylko zdjęcie poglądowe jak to wszystko wygląda.
parę schodków do góry i .......
widać kawałek basenu zaprojektowanego przez Cesar-a M.
teraz jest już widoczna większa część .
na około basenu są umiejscowione fantazyjne skalniaki, jak bym miał coś takiego na własność nie wychodził bym z tej dziury :)
zapraszam do baru
Ławeczka z jednej strony basenu.
i oto ja i basen w całej okazałości
i Ruda wyglądająca z małej szczeliny
super roślinność
Wyjście po schodkach na górę
Naprawdę wygodne - idealne :)
Widok z tych przecudnych schodków na basen z góry. Jak dla mnie fantastycznie :)
Niestety musiałem sobie tu walnąć dwie foty :)
Widok z góry na basennik :) pod tym pomaranczowym baldachimem jest ten tunel łaczący ten bombel powietrza z tamtym.
mógłbym mieć taką posiadłość .
ruda dotyka drzewko figowe.
Może dlatego zrobiło na mnie to takie wrażenie że przez cały czas jedzie się drogą pośród bezgranicznej po horyzont ciągnacej się lawy aż tu nalge wpada się na coś takiego :)
na górze ala muzeum, to mapa poglądowa gdzie się obecnie znajdujemy względem świata.
Tego kompletnie nie kumam ale ponoć dla Rudej to bułka z masłem :)
Zdjęcie wyspy z kosmosu.
Makieta wyspy nie widać tego ale przy powiększeniu zdjęcia w górnym prawym rogu są czerwone żaróweczki przedstawiające drogę płynącej lawy na końcu tej drogi znajduje się własnie ten basen :)
Może uprzedzę fakty ale- będziemy jechać tymi szczytami gór . Najpierw dojedziemy do punktu widokowego na przeciwko tej malej wyspy. Również zrobonego przez Cesar Manrique. Ponoć punkt widokowy jest zrobiony na podobienstwo "wielkiej głowy orła", ale o tym potem :)
Wybuchy wulkanów pod powierzchnią oceanu. Są też dwa filmy z tego muzeum ale będą dostępne w innym miejscu.
To właśnie wejście do jaskiń paręset metrów dalej.
Dziura jak dziura :)
Po drodze do punktu widokowego zwiedzamy nabrzeże.
Nic tylko lawa i lawa :)
I gdzie nie gdzie piach :)
Dojechalismy do podnóża gór gdzie na szczycie jest punkt widokowy przy okazji zwiedziliśmy dziką plażę.
Punkt widokowy Mirador del Rio stylizowany na głowę wielkiego orła będąc w środku nie widać że ta szyba to jedno z oczu orła a my znajdujemy się w jego glowie :) niestety nie będzie to widoczne z tej odległości w jakiej byliśmy :)
Oczy wielkiego orła czyli okna skierowane są na małą wyspę GRACIOSA -cała ludność wyspy to ok.620 osób która to zamieszkuje w wiosce Caleta del Sebo , pozostała część wyspy jest niezamieszkała .
To drugie oko Orła :) więc ta glowa nie jest taka mała :)
ów panorama zrobiona jest z punktu widokowego Mirador del Rio w oddali widać sąsiednią wyspę Graciosa która ma 27,5 km kw. powierzchni .
Próbowałem ująć oczy orła w całej okazałości ale się nie dało :)
na zewnątrz sympatyczne tarasy widokowe z których można podziwiać widoki zapierające dech w piersiach na skalne urwiska spadające do oceanu :)
Zatoczki na wyspie obok jak ktoś był chętny tez mógł sobie wykupić wycieczkę na ów wyspę przeprawa trwa 20 minut .
Wejście do wnętrza głowy Orła :) zastanawiałem się gdzie on ma dziób :)
Ta dróżka z lewej to nasza dalsza droga
Była naprawdę wąska w sumie na jeden samochód ale ruch odbywał się w obie strony co było dość ryzykowne przy wynajętym samochodzie i nie zrobieniu dodatkowych rys :)
Kolejny punkt widokowy gdzieś dalej na trasie :)
Nasz mały transport kosztował nas 90 euro na 5 dni to 18 euro na dzień gdzie przejazd autobusem z jednej miejscowości do innej kosztował jedną osobę około 3 euro razy 2 to 6 i powrót czyli 12 euro nie licząc zmarnowanego czasu na czekanie to normalnie jak gratis na drugiej wyspie już nam się tak tanio nie udalo :)
Kolejny punkt widokowy :) było ich parę- strasznie wiało .
Ciekawy efekt chmur które powstrzymywane przez pasmo gór próbują przelać się przez szczyty ale tu są rozdmuchiwane przez wiatr.
Po drodze ruda wypatrzyła lokalnego artystę gdzie w swoim ogródku umieszczał swoje wyroby :)było tego masę to tylko niewielki fragmecik.
sklepik z pamiątkami .
jeżdżąc i zwiedzając wyspę zdarzało się nam zabładzić na bezdrożach .Ja szukam na mapie drogi a Rudzia buszuje na plantacji winogron zrywając dorodne okazy :)
To chyba typowa odmiana winogron pod wino były malutkie i tak gęsto umieszczone na kiściach a jakie słodkie mmmmm.....
Zaprosiłem swoją Kochaną małżonkę na romantyczą lampkę wina na naszej promenadzie :)
pierwszy nasz hotel na wyspie Lanzarote.
Młodziutki wielbłąd ale jaki fajny tylko dotykać nie wolno było :)
Reklama Camel-i :)))
Jaka mordka słodka :)
można było wykupić wycieczkę na wielbłądach chyba gdzieś na jakis pobliski wulkan.
Wjazd do parku narodowego Timanfaya czyli parku z wulkanami.Erupcja która zaczęła się 1 września 1730 r. wstrząsnęła południowym krańcem wyspy , była jednym z największych wulkanicznych kataklizmów w historii ludzkości .
Codziennie przez 6 lat z kraterów wylewało się 48 mln m3 lawy a stopione skały strzelały w powietrze , opadając na całą okolicę i dno oceanu. Symbolem parku jest diabeł (El Diablo).
No i oczywiscie korespondenci z Portalu GEO tam byli i złożą wam pisemną transmisję z pobytu :)
To już bardziej przypomina zastygłą lawę.
A zapomnialem powiedzieć że do parku można wjechać tylko autokarem :( kicha bo ciężko robić fajne zdjęcia przez zapyziałą szybę w autobusie.)
więc zdjęcia nic a nic nie przekazują tego jak to wygląda
Skupisko wulkanów tworzy urzekający surowością trochę przerażający księżycowy krajobraz.
Ten ciągle aktywny sejsmicznie rejon o pow. 52 km kw. w 1974 r. zamieniono w park narodowy.
Znaczną część parku zajmują Montanas del Fuego czyli Góry Ognia.
Ponoć były tu specjalnie kręcone filmy SF ze względu na krajobraz :) i pierwsze lądowanie człowieka na kieżycu :)))))))
Park powstał w 1974 r., objął ochroną cuda wulkanicznej natury i 180 gatunków roślin.
Naprawdę nie da się robić zdjęć przez szybę nie ujmując fotela lub napisu a po zrobienu zbliżenia traci się cały krajobraz :)
Wygląda to jak uśpiony obraz ksieżycowy ale 10 cm pod powierzchnią lawy temperatura sięga 140 stopni C , a 6 m niżej -400 stopni C .
Fenomen ten wciąż pozostaje niewyjaśniony. Niektórzy wulkanolodzy twierdzą, że część rozgrzanej lawy zatrzymała się w górnej warstwie skalnej podczas ostatnich erupcji, a w tym miejscu stygnie ona bardzo długo.
Dodam tu informację że przy sklepach z pamiątkami stoi gość ze szpadlem i wyciąga małutki żwir z głębokości jakiś 40 cm i wsypuje po kilka kamyczków na ręce turystów :) można sprawdzić jak długo uda się je utrzymać w dłoni -uwierzcie mi ze nie za długo .
i jak sobie pomyślę że to moglo by kichnąć kiedy ja jestem w pobliżu to aż mnie piecze skóra :)
tu pan wlewa do rur wbitych w ziemię wodę. Fajna reakcja - wybucha jak gejzer :)
Odsuwa się i po jakiś 4 sekundach coś takiego :)
Tutaj mu nie wyszło bo gejzerek strasznie malutki ale za to ostre zdjęcie :) bo jak tak pierdolnie to nie ma bata żeby ręka nie zadrżała próbowałem parę razy ale za każdym razem czlowiek się wystraszy :)))))
Naprawdę próbowalem tą ręką nie ruszać i choć wiedzialem że walnie to i tak instynktownie się odsuwałem :)
Tu tez wiem juz że walnie do góry mówie sobie Skała spokój to jest daleko od Ciebie nic Ci nie będzie :) i ......
To kolejny wykopany dół . Gość zaraz włoży tam wiązkę suchych gałęzi. Tylko włoży i to nie na sam dół i zobaczymy co się stanie.
Bierze krzaczek :)
Wciska pod kamyczek i .....
Ojojojjjj.. samo zaczyna się dymić :)
Buch płomieniami :) wychodzi na to że stąpamy po naprawdę gorącym gruncie a ziemia metr pod nami je kur... gorąca.
Korespondenci z Portalu GEO byli tu i widzieli to na wlasne oczy :) na tym nie koniec reportażu.
Liczymy na zwrot kosztów po okazaniu faktury w końcu jesteśmy tu SŁUŻBOWO :)))))))))))))))))) hahahaha
A tu jest ten gość ze szpadlem i to ten żwir w życiu człowiek by się nie spodziewał że kopnie głebiej nogą i już nie wyciągnie kamienia goła reką. Parę chwil wcześniej ten Pan wsypał nam troche tego żwirku na rekę :) czlowiek automatycznie wysypuje wszystko na ziemie :)))
Z tego miejsca wystarczy pogrzebać ręką żeby wyciągnąć ten gorący żwir ale jakoś nie miałem odwagi merdać tam reką :)
Teraz zdjęcia z naszej fury :)
Ponoć organizowane są w Góry Ognia piesze wycieczki ale bardzo rzadko i tylko z ich przewodnikiem. I nie bardzo im na takich wycieczkach zależy, wcześniej trzeba przejść specjalny test sprawdzający kondycję turysty.
Również jest możliwość podróżowania na wielblądach ale to chyba tylko na około tej góry bo tam gdzie autobusy nie widzialem żadnych wycieczek wielbłądowych. Ale robi wrażenie :)
Ruda bała się podejść do wielbłąda.
A dla mnie był bardzo miły.
Plaża Papagayo najbardziej rozreklamowana plaża na Lanzarote.
Dotarliśmy :)
Jeszcze jeden rzut oka na piękny lazur.
I za chwilę wskakujemy w ten lazur :)
rzadko kiedy spotyka się tabliczki z nazwą plaży :)
Jedyne ocalone zdjęcie :) za coś takiego w polsce płaci sie 50 zł mandatu. Już rozglądałem się za strażnikiem miejskim żeby zgłosić moje zbulwersowanie :)))
Próbowałem nakłonić Rudzika aby ustawiła się bliżej morza ale chyba wiedziała co za chwilę sie wydarzy :) hehehe
Właśnie zgubiłem rurkę do nurkowania :( fala przewaliła się przeze mnie i ją zabrała :(
ogromne te fale
Przechadzamy się po naszej miejscowości wypoczynkowej.
Tydzień minął i kolej na zwiedzanie drugiej wyspy. Przerzucamy nasz bagaż i siebie promem na Fuertaventure.
Kapitan daje ostro po garach :)
Za nami goni nas drugi prom w nazwie miał express i faktycznie nas wyprzedził.
To nowe sporty wodne, deska i paralotnia. Przeważnie trzymali sie blisko plaży tych chyba wywiało za daleko :)
Wyspa Lobos 20 km od fuertaventury o powierzchni 4,4 km2 jest niezamieszkała i dość malutka organizowane są tylko wycieczki na tą wysepkę z nurkowaniem i spacerowaniem po tamtejszych plażach.
Nasz nowy hotel nocą.
Wynajeliśmy seata i ruszylismy w bezdroża Fuertaventury. Na tej wyspie również był ten sam efekt zatrzymania chmur przez góry.
Za tymi górami znajduje się plaża i mała mieścina składająca się z paru domków, będziemy się próbowali do niej dostać.
Wjeżdzamy znowu w jakis prak narodowy gdzie nie ma wyasfaltowanych dróg. Czy nasz Seat to wytrzyma, ojjj okazało się że nie wytrzymał :) ale całe szczęście chwilowo ufff... wszystkie wypożyczalnie zabraniają wjazdu swoimi samochodami na takie drogi.
Znależliśmy pierwsze oznaki życia na tej planecie :) Korespondenci GEO nie boją się niczego :)
Latarnia morska, najdalej wysunięty punkt na południe wyspy. W drodze na niedostepną plaże zwiedzamy co się da :)
Z latarni morskiej można było wykupić wycieczkę samochodami terenowymi na kolejny cypel. My lawirując między dziurami i wyrwami w ziemi dojechaliśmy tu naszym Seatem :) był nawet znak zakazu wjazdu w te rejony samochodami osobowymi ale nie dla nas Nieustraszonych GEO-wców takie zakazy :)
Bardzo intrygująca budowla :) drzwi ale na co chyba na ocean.
to dopiero połowa drogi po bezdrożach, w razie jakiejś awarii zawieszenia prawdopodobnie musielibyśmy pokryć koszty naprawy i holowania. Ale ciekawość odkrywcy była silniejsza :)
Terenówką można było by tu poszaleć :(
Przekraczamy własnie granicę szczytów gór a w dole ciągnąca sie kilometrami niedostępna plaża. Można by powiedzieć że to odcięty od cywilizacji i turystów kawalek ziemi jedyny dojazd to ta szutrowa droga na której rozkraczył się niejeden samochód.
Gdzieś tam w dole jest mała wioseczka i jedna rodzinna knajpa gdzie do ściany przypinane są zdjęcia dokumentujące większe wydarzenia tego miejsca.
Naprawdę nieźle tam wiało a chmury wisiały nam tuż nad głowami.
Nic lecimy w dół.
mijanie się na takich zakrętach naprawdę podnosiło adrenalinę :)
Chmury zatrzymane przez góry a w dole największa budowla po tej stronie gór :)
Dotarliśmy o dziwo nie my jedyni :)
Tradycyjne zamoczenie moich nóg niech ryby wiedzą że tu bylem :)))
Plaża faktycznie ciągnęła się kilometrami, oprócz paru samochodów na noc na plaży zostawał jeden serfer który rozbił namiot na piasku i dwie przyczepy kempingowe prawie istne odludzie.
Ruda znalazła jakieś okazy muszli .
Cała plaża nasza :)
Chmury jak by odpuszczały i powoli przebija się słońce tu pogoda zmienia się z minuty na minutę :)
Z początku myslalem że ktoś wykupił ten teren i ogrodził z myślą o budowie jakiegoś domu na plaży ale okazało się że to cmentarz.
A tak chowa się zmarlych, nie wiedzielismy czy to jakiś historyczny cmentarz czy chowa się tu ludzi nadal w ten sposób. Krzyże z dwóch patyków wsadzonych między kamienie.
A to ta rodzinna knajpa na tej tablicy jest cała historia tego miejsca od jakiegoś statku wyrzuconego przez fale nieopodal po przytaszczenie dwóch pomników do których za chwile pójdziemy. No i oczywiście kierowca pije soczek :((((
Poskromienie Besti, chciała się na mnie rzucić ale nie ze mną te numery Bruner :)))
Ponoć podczas drugiej wojny światowej były to miejsca ukrywania się niemieckich statków podwodnych. Na tych wyspach Niemiecy mordercy wyrabiali sobie nowe dokumenty tożsamości i emigrowali do ameryki południowej.
Historia głosi że statkami podwodnymi były zworzone i ukrywane na tych wyspach zrabowane złoto i nie tylko więc następnym razem biorę wykrywacz metalu :)))
W drodze powrotnej masz Seat odmówił współpracy masakrystycznie piszcząc i skrzecząc przy każdym obrocie koła wyglądało to tak jak by urwał sie resor. Stanelismy na małej wysepce i zaczelismy ogladac podwozie ale nic nie bylo widać. Na całe szczęście po paru zakrętach i jeżdzie na jedynce dolegliwość ustąpiła uffff.... już widzialem oczyma wyobraźni jak wracamy z drugiego końca wyspy na piechotę i bulimy za naprawę :)
Wyjazd na asfaltówkę i koniec naszych przygód na dzisiaj.
Nasz nowy hotel nocą po powrocie :) miło jest wyciągnąć nóżki na tarasie z kieliszkiem wina w ręce mmmm....
Poranek i kolejne przygody do przezycia :)
Najbilższa miejscowość od Corralejlo a przewodnik Pascala zachęca do zobaczenia starej dzwonnicy na środku małej mieściny.
Kościół pozamykany więc pare fotek na tle dzwonnicy i lecimy dalej :)
Na wyspie Fuerteventura dominują wiatraki .Najpopularniejszym jest molino ,wiatrak typu męskiego. O dziwo pierwszy raz slyszalem żeby byly wiatraki męskie i żeńskie :)
Wykorzystywany był przede wszystkim do mielenia ziarna .
Kolejny punkt widokowy na naszej trasie.
Fajne małą te knajpy na tych punktach widokowych z tymi wielkimi oknami na calą okolice :)
Jechaliśmy tą drogą w dole.
Jak sięgam daleko wzrokiem bardzo mało zieleni jest na tych wyspach nie to co u nas :)
To chyba pomnik rdzennych pasterzy :) tak pewnie wygladali za dawnych lat. Ja taki zarys staram sie zrobić przez cale zycie i nichu...hu :) hahaha a wystarczylo zostać pasterzem :)
Ja pierd... co on ma w tych gaciach ??? :)
"...Prawie..." tak jak moje :) hahaha
Kolejna dzwonnica :) jak dla mnie nuda :) no ale trzeba zobaczyć w końcu jestem tu jedyny raz w zyciu.
Ale kafejki robią naprawdę z klimatem.
To tak jak Oaza :)
Tą droga wspinamy się aby przekroczyć łańcuch gór próbujemy dotrzeć na plaże Jandia :)
Oczywiscie są i inne drogi ale ta jest bardziej widowiskowa.
I kolejny punk widokowy. Sporo ich porobili.
Z parkingu był zakaz pieszych wędrówek na ten najdalej wysuniety cypel skalny ale jak już wspominałem dla wysłanników portalu GEO zakazy niebezpieczeństwo to bułka z masłem :)
Nie było "Szczytu" którego byśmy nie zdobyli :)))))
Tak wygladały hmmm.. jak by to nazwać granice województwa :)
A to już Pajara chyba najbardziej zielone miasteczko na wyspie :)
Gdzieś w tym kościele są wplecione w wystrój azteckie motywy co do końca nie jest wyjasnione skąd się tu wzieły. Ja osobiście się ich nie doszukałem :)
Stara studnia, mechanizm był taki że jakieś zwierzę chodzilo dookoła a woda lała się przez tą rynienkę.
Drewniane ławeczki kunsztownie rzeźbione nie dalo się nie zwrócic uwagi a w tle weselni goscie, własnie odbył się ślub podobnie jak u nas :)
Postanowiliśmy po dorodze do Jandi wpaść do malego rybackiego miasteczka Ayui czy jakos tak :) ponoć w tych knajpeczkach podają ryby z porannego połowu.
Zanim zamówimy rybę połazimy po okolicy.
Przepiekną drużką wśród skał można dojśc do naturalnego portu w zatoce.
Wyglądało to jak by to byla jakas zatoka piratów.
Można było zejść do jednej z wypłukanych przez fale jaskiń.
Czy czasem tu niemcy nie ukryli swoich skarbów ? :)
Przejście do kolejnej groty.
Oczywiście musiałem to zbadać a nóż za chwile zostane odkrywcą bursztynowej komnaty :)
Rudzia spokojnie wypatrywała swojego marynarza :)
Okazało się że to nie bylem ja :) i przy lada okazji zostałem zepchniety z klifu :))))
Jak gdyby nigdy nic dalej sama zwiedza mieścinę :)
Dobrze że fale były małe i że potrafie plywać :)
Smutna topi żale w Tropicach :) a ja jak zwykle przy soczku :) powoli mnie to denerwowało :))))
Dotarliśmy na Jandie kolebkę serferów i innych sportów wodnych. Parę tygodni wcześniej odbyły sie tu mistrzostwa pływania na desce.
Zdziwiła nas bardzo szeroka plaża z 10 min szło sie do wody.
idąc brzegiem okazało się że cały środek plaży zalewany jest turkusową wodą morską robiąc nie małe jeziorko. Chcąc iść dalej mieliśmy do wyboru albo wrócić się co nie wchodziło w rachubę albo przeprawę :)
Jeziorko rozrastało sie z każdą minutą. Co czyniło tą plażę idealnym miejscem dla początkujących serferów którzy mogli ćwiczyć właśnie na tym jeziorku.
Pierwsza próba przebicia się przez wodę :)
Głębiej coraz głębiej :)
Za głęboko pierwsza próba nie udana :(
Druga próba :)
Walka z falami.
W końcu przyszedł czas i na mnie :) ja wybrałem jeziorko bardziej spokojne i woda góra do pępka :) z torbą na rękach zrobiłem dwa kursy.
Postanowiliśmy rozłożyć koc na wyspie :)
Rudzia już pląsa w falach :)
Powoli i nasza wyspa zaczęła maleć.
Ja jako Robinson na bezludnej wyspie :)
W miarę gdy poziom wody się podnosił nasza wyspa malała :)
Czas się zwijać woda podchodzi coraz bliżej :)
Po zwiedzeniu wszystkich plaż na wyspie nareszcie nadszedł czas na naszą w pobliżu naszej miejscowości Carralejo.
Mi osobiście podobała się najbardziej.
Nasze miejsce dowodzenia :) chińska parasol wytrzymała do końca turnusu ale była w opłakanym stanie przez mocno wiejące wiatry .
Fajne miejsce na rozłożenie koca. Bywa tu wietrznie ,jednak turyści wykorzystali swoją pomysłowość -niewielkie fortece z kamieni ,wzniesione na większości piaszczystych wzgórków porośniętych krzewami , mają chronić plażowiczów przed wiatrem.
Po całym dniu plażowania czas na relaks w basenie :)
Jak zauważylismy niektórzy chyba nie wychodzili poza obręb hotelu :) tragedia :)
Małe SPA Skały :)
Te dupne wydmy to park narodowy wyglądają jak pustynia dla mnie to po prostu większa plaża no może faktycznie duuuuzzza plaża :)
Stałą dostawę pustynnego piasku zapewnia wiejący ze wschodu sirocco.
Dojście przez plażę bez butelki wody kończyło się w ten sposób :)))))
Pierd.... dalej nie ide :) hahahaha
Skała goń mnie tu jestem :)
To sesja w koszulkach GEO :)
Malutka wydemka :) z niej ludzie zjeżdzali na tyłkach jak na nartach :)
miało byc tak że ja miałem słońce trzymać na ręce ale nie wyszlo :) może innym razem :)
Ruda chciała pokazać jaki jest straszny wiatr wieczorem , zdjęcie niestety tego nie pokazało .
Nasz standardowy zestaw na wieczór butelka wina butelka piwa i jakiś sok na kaca :)
Ruda pastwi się nad ślimakami w muszlach :) wyciąga je małym nożykiem .
Prezentacja naszego lokum.
Fale wyglądały czasami niewinnie ale potrafiły zwalić z nóg.
Tu mnie jedna przykryła . Przeceniłem swoje możliwosci :)
jeszcze raz hotelowy pokój
Obok naszego hotelu był olbrzymi park wodny to jedna z wielu atrakcji :)
czas na basen pływanie przed śniadaniem to fajna sprawa
Po tygodniu powrót promem na Lanzarote
Pożegnanie z oceanem i spacer po promenadzie :(
Na pocieszenie pełny kufelek :)
Tropical ale porządnie schłodzony mmmmm.....
Małe zatoczki przy promenadzie.
Czas się pakować trzeba wracać.