Jak każda galeria i ta musi mieć jakiś swój początek, fajniej by było jakby któraś się w końcu zaczęła opisem pulsującego zielonego światła, oślizgłych macek i czegoś tam rodem z Cthulhu, niestety po prostu pakujemy się do samochodu i jedziemy :)
po 200 milach jazdy pierwsze pagórki, pogoda bez specjalnych niespodzianek, typowo angielska, na początku się dałem omamiać prospektom reklamowym z samymi słonecznymi zdjęciami, ale potem wniknąłem pod powierzchnię i spodziewałem się trzech dni mżawki w najlepszym przypadku :/
po 5 godzinach jazdy docieramy na miejsce, wioska się nazywała bodajże Stainton - bardzo miłe, spokojne miejsce, wynajęty domek okazał się być dużo powyżej spodziewanego standardu, więc tu miła niespodzianka.
wszyscy zmęczeni ale takie miejsca się nam nie trafiają za często, postanawiamy zrobić przynajmniej inauguracyjną krótką jazdę, na początek postanawiamy opracować Skrót do domku w którym zatrzymał się kolega z pracy - Ray
Nauczeni wieloletnim doświadczeniem powinniśmy wiedzieć, że Skróty źle się kończą, ledwie uszliśmy z życiem z wionącego grozą Lasu Krwiożerczych Czerwonych Wiewiórek (tak naprawdę wionęło tam czym innym i mam nadzieję, że to nie były Twoje skarpetki - przyp. Marty)
Mam super kompaktowy aparat, który ma niesamowite opcje, na przykład ta tutaj to Rób Zajebistą Soczystą Zieleń - szkoda, że on sam tak robi nie pytając się mnie o zdanie, co prawda można to potem poprawić w Szopie (Photohop - przyp. tłumacza), ale nie miałbym na co narzekać :)
Skrót, który był rozważany jako możliwa droga powrotna wieczorem po imprezie w domku Raya okazał się całkowicie nieprzydatny, pomysł dymania po kilku piwach w nocy po wąskiej ścieżce w błocie po kolana z drutem kolczastym tu i ówdzie i stadami krwiożerczych wiewiórek porywających po kolei członków wyprawy to MUSI być niewypał...
nawiązując do poprzedniego zdjęcia czytałem na wikipedii bodajże, że wiewiórki są w bezpośredniej linii potomkami welociraptorów, lata ewolucji je zmniejszyły, ale nacisk zęba na milimetr kwadratowy się nie zmniejszył, taki welo... wiewiórek znaczy potrafi dogonić i zabić nawet uciekający orzech. Polują w stadach.
W razie gdyby nas wiewiórek spostrzegł należy się starać wyglądać bardzo nieorzechowo czyli podśpiewywać, poruszać dużo i szybko kończynami, nie kłaść się pod drzewami liściastymi. Wybierając się na tereny łowieckie wiewiórków unikajmy kolorów brązowych i zielonych, najbezpieczniejsze są róże albo kolory niebieskie.
tu darmowa część galerii się zakończyła, jak chcesz czytać dalej to proszę wrzuć monetę...
słuchaj, to nie sa żarty, nie myśl, że siedzę tu o 3 nad ranem, żeby Ci robic dobrze za friko, wrzucaj i już
czy ja napisałem "udawaj, że wrzucasz"? Nie masz dwunastu lat, zacznij się zachowywać jak dorosły człowiek.
Dwa złote????? To wszystko na co Cię stać? No dobra, ale nie myśl, że to wszystko załatwia :)
wracając do wycieczki to po skrócie jedziemy trochę asfaltem, zawadzamy o miejscowość Pooley Bridge, potem zgodnie z planem zaczyna padać deszcz, trochę się łamiemy, ale podbudowani przykładem Joli i Michała, którzy dzielnie na piechotę włażą na jakąś górę, ruszamy na przynajmniej małe kółko terenem..
no to nie był najlepszy pomysł - dość szybko wpadam w jakieś bagno, który przy akompaniamencie imponującego bulgotu usiłuje mi wessać rower - ale się/go nie dałem :)
Marta usiłuje mi odebrać część chwały i pokazuje, że ona też sobie czubek buta ubłociła, tak trochę, a może po prostu wygibuje się z Przytupem, kto by tam kobiety zrozumiał....
popołudniu zaczyna nawet wychodzić słońce...... niestety nie w Anglii, ale jestem pewien, że gdzieś tam wyszło i jest ładnie, więc nastrój mi się poprawia :)
widok na drzewo, które zasłania jezioro Ullswater
ile się człowiek musi wynapisywać za głupie dwa złocisze, to trzeba samemu spróbować, żeby zobaczyć :/
wodospad, nie bardzo rozumiem jak to działa, jak ta woda z powrotem wyłazi do góry, wiewiórki z klasztoru Shaolin ją wynoszą z powrotem w wiaderkach czy co??
nawet się trafiło trochę zjazdów, ślisko bo ślisko ale po miesiącach jeżdżenia po asfalcie to sie nie grymasi :)
docieramy do końca terenowego kawałka trasy...
grzecznie prosili to i zsiedlim, krótki spacerek jeszcze nikomu nie zaszkodził :)
po obu stronach asfaltu różnoraka zwierzyna, po lewej kudłate krowy...
po prawej owce... takie troche dziwne, musiałem sięgnąć do wikipedii...
okazuje się, że po latach prześladowań przez tzw. sheep shaggers cumbrijskie owce zdołały sobie wykształcić dłuższe szyje, żeby się lepiej rozglądać i dłuższe nogi, żeby szybciej uciekać, natura nigdy mnie nie przestanie zadziwiać...
bobry.. albinosy.. pewnie od tego ciągłego deszczu im się kolor sprał.. okazuje się, że atakują drzewa stadami, podgryzają pień, zwalają, potem zjadają co lepsze liście, a z reszty robią wykałaczki i sprzedają. czy coś w tym stylu, jak wszyscy wiedzą zoologia nie jest moją najmocniejszą stroną...
To wspomniany wcześniej Ray i jego ekipa.... a nie zaraz, to nie oni, no to nie będę nic tu pisał - obraziłem się...
OK - to jest Ray i jego ekipa. Ich urlop polegał na tym, że wsiadali rano do auta, potem przez resztę dnia nim jeździli po Lake District i wieczorem wysiadali. Co kraj to obyczaj, ale widać, że popularne wyobrażenie o skośnookich turystach nie jest takie dalekie od prawdy :)
Śniadanko na drugi dzień, ponieważ okazało się, że to Dzień Kobiet to my z Michałem musieliśmy poczekać aż kobiety zjedzą i jeśli się okaże, że coś zostało to my też możemy zjeść - w każdym razie tak nam to Marta wyjaśniła...
Jola z Michałem ponownie dziś atakują coś na piechotę, nas podrzucają z rowerami kawałek asfaltem i każdy w swoją stronę...
czemu na budce był tajemniczy napis e-mail to nie wiem, zaglądnąłem nawet, ze może zobaczę wypasiony ekran dotykowy, ale się rozczarowałem ;)
Wesoły Borsuk (tak naprawdę to leżał chyba nieżywy przy drodze, ale nie wygląda, więc nie chcę nikomu psuć humoru i będę utrzymywał, że się tam tarzał nie zważając na nas). Co najmniej dwa widziałem, więc nie ma się co martwić, na pewno mają tam sporą populację :)
Why should I try my brakes going uphill is a bloody mistery to me :)
No więc to było tak (tu zacieram ręce, taka fotka to gratka dla każdego grafomana kretyna), leśniczy wracał do domu i pojawił(o) się UFO/Jabberwocky/Wkurzona Teściowa i już nigdy tego gościa nikt nie zobaczył :)
i to była o wiele lepsza wersja niż ta, że to był niewidzialny robotnik drogowy, który właśnie ściągnął spodnie i z zaangażowaniem drapał się po jajkach :)
wracając do wycieczki robimy najcięższą trasę z przewodnika po północnej cześci Lake District, okazało się że była najcięższa bo najdłuższa, dla nich wszystko powyżej 20 mil to od razu wyczyny :)
tu się czaiłem, że może Marta chlupnie, to by była fajna zemsta za ten poranny Dzień Kobiet, ale mi nie dała satysfakcji :/
rzut oka za siebie, czyli na zachód
nie jesteśmy w tych górach sami, choć zbyt wielu ilości rowerzystów nie było, może te bramki co kilkaset metrów ich odstraszają, mnie na pewno trochę wyprowadzały z równowagi :)
widok na siedzibę ludzką nieokreślonego przeznaczenia - Skiddaw Ho, tam wśród tych drzew sobie jest...
a tu widok na kotlinę, którą mamy wracać w stronę miejsca z którego wystartowaliśmy..
tajemniczy kamienny krąg...
wyglądało fajnie, ale do jechania okazało się takie sobie, jak wszystko tu pełne błota w postaci bardzo pułapkowej, czyli w takiej gdzie przednie koło Ci się zatapia, wycinasz dzwona przez kierownice i lądujesz plecami na lustrzance i nowym Ajfonie, koszt uszkodzeń byłby w okolicach tysiąca funtów, więc raczej też się wlokłem :)
tajemniczy krąg kamienny - najprawdopodobniej służyły po prostu do zamykania owiec na noc, ale to mój wymysł i wcale nie twierdzę, że mam rację, jak ktoś woli myśleć o jakichś celtyckich orgiach zakrapianych alkoholem to też może :) (w sumie można owce w to wkomponować też, ale nie będę rozwijał, żeby nie było, że komuś sugerowałem ;) )
kazałe.... poprosiłem znaczy, żeby mnie uwiecznić, raz na ruski rok moge być na fotce :)
dwa razy znaczy :)
Marta łowi rybki na tzw. rwanie wora (kiedyś to znaczyło co innego ale panta rhei jak mawiają Hiszpanie)
jak się skończyły pułapki błotne to się zaczeło płasko, więc się w sumie górsko nie najeździłem, ale widoki były przednie, więc nie marudzę za bardzo
wszelka zwierzyna w tym kraju wygląda wybitnie przeciwdeszczowo :)
może i nie zasłużyłem całkowicie, bo nie było aż tak ciężko, ale co mi tam, raz się żyje :) Kaczuszki były pierwsza klasa :)
Marta nas zmusiła do partii Batmana, ten co wymyślił zasady to musiał palić, wstrzykiwać i konsumować, bo nieznarkotyzowany umysł nie byłby w stanie czegoś takiego opracować, ale jakoś przeżyliśmy :)
Cumbrijski Playboy ;>
Dzień numer 3 - coś takiego zdarza się rzadziej niż zakwitnięcie kwiatu paproci - Prognoza Pogody Się Sprawdza Drugi Dzień Pod Rząd i to w dodatku Dobra Prognoza :) Jola sprawdza, czy zwierzak już dojrzały, bo nie mieliśmy nic na kolację, ale jeszcze był za twardy, więc uszedł z życiem :)
Góry w Anglii mają dwie cechy - pierwsza to taka, że są zajebiście strome...
druga to taka, że nie ma żadnych drzew i się nie ma gdzie wysikać, więc się trzeba nastawiać na 5 godzin zaciskania :)
Robimy przerwy co kilkaset metrów (w pionie) bo reszta ma zmasakrowane łydki po zrobieniu podobnego podejścia dzień wcześniej..
wszędzie jak zwykle bramki i przejścia, ale jak nie trzeba zsiadać z roweru i go przenosić, to nawet nie jest tak źle :)
Jola z Michałem, łydki może bolą, ale za to humor dopisuje i to chyba było najważniejsze :)
i tu jest jeszcze dużo zdjęć Joli z Michałem, ale niech mają :)
Tu cel wycieczki czyli szczyt Skiddaw (z grubsza, bo sam wierzchołek jest schowany trochę za tym najwyższym punktem po lewej, no ale prawie to to :) )
to już wiecie kto jest, a jak nie wiecie no to już nie moja wina, nie będę się ciągle powtarzał :)
Widok na miasteczko Keswick i jezioro Derwent Water
widok na Michała :)
a tu widok na morze, trochę mi musicie uwierzyć na słowo, ale ono naprawdę tam jest :)
tu szyt po wschodniej stronie Skiddaw - Little Man (865)
przerwa na batonika
Michał, w końcu się rozebrał, ściągnął perukę i prawda ujrzała światło dzienne :)))
no już idę, idę... :)
Czemu w Londynie jest tak mało psów? Bo ich właściciele są ze swoimi pociechami w Lake District :) Bez kitu, były ich tam spore ilości, jakoś mało jestem przyzwyczajony do psów w górach, ale jak widać świetnie sobie dawały rade...
o tu widać kawałek morza lepiej, a za nim szkockie góry, ale jakie to już nie mam woli wyszukiwać, rzuciłem okiem na Google Maps, ale tam nazw szczytów nie przewidują :)
mała przerwa na 700 metrach, wypatrzyliśmy kogoś na paraglidzie
po jakimś czasie leżenia pojawił się nad nami :)
finałowe podejście
trzecia cecha angielskich gór - jest ich tak mało, że wszystkie sa poważnie zatłoczone, podobno mają zacząć montować sygnalizację świetlną ;-)
ten wyglądał jakby go Jabberwocky gonił, ale już byliśmy za blisko celu, żeby sie poddać i uciekać razem z nim, najwyżej kogoś zeżre, ja na pewno jestem stary i kościsty, więc nie czułem się specjalnie zagrożony.
yo - dotarliśmy. wierzchołek jak zwykle oblężony na podobieństwo czegoś na czym muchy siedzą, niech będzie że ogryzka :)
pole dachówkowe, raz do roku przychodzą i zbierają na naprawy dachów :)
i już wszyscy u góry - zaczęło być nieźle zimno, ale byliśmy przygotowani :)
rzut oka na kotlinę, którą przejeżdżaliśmy wczoraj (tak z lewej na prawą ;-) )
rzut oka za siebie na podejscie
i rzut oka na zejście :)
żeby nie było, że mnie tam nie było :)
teraz będzie dużo zdjęć paraglajdów, bo jakoś do tej pory nie miałem okazji to mnie pasja twórcza męczy, za co przepraszam i już raczej więcej nie będę :)
Jola z Michałem na granicy dobra i zła ;)
no i to na tyle z paraglajdami, możecie odetchnąć :)
ale inne rzeczy też latają :)
Na trzy cztery wszyscy razem "Jola i Michał!!!!" ;-)
Koleś może i wyglądał śmiesznie w podkolanówkach i koszulce z kołnierzykiem, ale darł pod taką górę, że moje kolana by zastrajkowały pół kilometra poniżej - rispect :)
pożegnalny rzut oka - miło było się poznać :)
mhm - ktoś mi coś dosypał do picia :)
pożegnalny wieczorek w domku w którym mieszkał Ray z ekipą - na kolację byłyby ryby, ale nie wzięliśmy granatu zaczepnego do łowienia, poza tym o nas już słyszeli i założyli siatkę przeciwgranatową :)
ostatnia wieczerza, my dostarczyliśmy polską kiełbasę a oni całą resztę ;-)
ten widok tak zapiera dech w piersiach, że nie bardzo wiadomo co napisać, więc niech tak zostanie, pięciometrowe goryle zasługują na szacunek :)
Bad my ass, ciekawe ile tatuś zapłacił za to wszystko ;-)
no i na tyle, przepraszam za nadmiar zdjęć, ale dwa dni bez deszczu w górach na północy Anglii, nie miały sie prawa zdarzyć i się pewnie szybko nie zdarzą, więc niech będzie pamiątka :)