Kazimierz Dolny.
Megakredka to, czy król jaki?
Ksiądz robi za przewodnika.
Pawcio.
Góra, na którą niektórzy wchodzili. Ja byłem zbyt leniwy.
Za to zwiedziłem inne zakątki Kazimierza.
Ruiny zamku?
Dawna synagoga.
Nawet fotografie ślubne tam sobie niektórzy robili. Właśnie pan młody usiłował zwerbować do zdjęcia gromadkę dzieci.
A to nawet ja.
Po lewej jedna z galerii, które zwiedziliśmy. Chyba jestem dobry w ściemnianiu odnośnie własnych odczuć związanych z obejrzaną sztuką.
Internet! Prześladuje mnie wszędzie!
A po Wiśle pływają sobie stateczki.
Deptak całkiem ładny i przyjemny.
Statek o wielce interesującej nazwie.
No i nibyłódź wikingów, jedna z tych, które prześladują chyba wszystkie większe przystanie.
Puławy. Nasz autokar z balkonu hostelu.
Cudowne łoża, na których spędziliśmy noc. Ja na górze - trzęsło. Mocno.
Na autokar narzekać nie mogę.
Ustrzyki Górne. Budynek, pod którego dachem kąpaliśmy się, załatwialiśmy potrzeby fizjologiczne, a w poprzednich latach też ładowaliśmy sprzęt elektroniczny. W tym roku pociągnięto kabel do autokaru.
Recepcja i sklep na terenie obozowiska. W sklepie drogo, nawet jak na Ustrzyki.
Boisko później wyschło. Niektórzy nawet grali.
Hepi, bo w Bieszczadach!
“Widzę niebo - nie myślę”
Namioty namioty namioty.
A to nawet nasz. Tym razem bez bagażówki.
W tym pomarańczowym przyrządzaliśmy śniadania i kolacje.
No i w góry! Na pierwszy ogień Połonina Caryńska. Nawet nie weszliśmy na najwyższą jej część.
Magda i Pawcio.
Natalia robi zdjęcia. Jak kilkanaście innych osób. Tym razem chyba będę miał 5000 zdjęć z Bieszczad na płytach.
But po dniu pierwszym. Ani razu w trakcie tej wycieczki nie został umyty. A po Tarnicy był nawet jednolity kolorystycznie.
Buty Pawcia - po lewej jeszcze niewyczyszczony.
Ksiądz wyjął swą lustrzankę i zaczął robić fotki.
Ola wysyła SMS-a. Zapewne.
Ewa, Natalia i Julia w środowisku naturalnym.
“To kogo by tu jeszcze ustrzelić...”
Na przykład... Monikę.
Albo Olę i Kasię. Smacznego!
Uśmiech się!
Trochę wredne te robactwo. Nie gryzie, tylko lata wokół.
Pieczar, mam Cię!
To dziś na Wetlińską.
Już... blisko...
Przewodnik, Kurlap, Kora, Asia Dubiela, Machlik. Chyba.
Harry (Łukasz) już planuje swój wspaniały film.
No dobra, jest ciężko. Ale na górze mają herbatę góralską za 8 zł!
Dosłownie chwilę po tym wbiłem sobie drzazgę w palec. Wyjmowanie zajęło 10 minut. Nie ma to jak uczyć się czegoś po raz pierwszy.
Tam na wprost to na Smerek droga jest.
Dzisiaj chmurki i deszcz trochę nas przestraszyły, więc w góry się nie wybieramy.
Przysłup - galeria “Fantasmagoria” o ile dobrze pamiętam. Strasznie mi się ten obrazek spodobał, ale 100 zł nie dałem.
“Stacja” Przysłup. Przystanek kończowy Bieszczadzkiej Kolejki.
Turyści czekają na pociąg.
I przyjechał.
Zbudowano w Rumunii.
W tym zielonym wagonie pojedziemy na 13-km trasie. Potrwa to około godzinę.
I już w wagonie.
Przewodnik jeszcze rozdziela ludzi i dodaje nam pasażerów dodatkowych, bo pociąg przepełniony lekko.
Czyli co kiedyś w tym wożono?
Tu aparat przejął Grzybek, na jakiś czas.
I już mu go odebrałem.
Tut tut!
Nawet kibel był. Po lewej.
I już jesteśmy w Majdanie.
Tłok tu lekki.
Cisna. Piękny pomnik poległym w walce o utrwalenie władzy... udowej. Władza nad udami, to jest to.
Jabłonki i pomnik gen. Karola Świerczewskiego. Aktualnie ma wielki, żółty wyprysk.
Solina, czyli Monciak/Krupówki Bieszczad.
Słynna, i po trzech razach nudna, tama.
Komercha na maksa - zorbing w wodzie i płatna plaża. Tak jeśli kogoś nie stać na pojechanie nad morze. W zasadzie nie wiem, czy bliżej do Czarnego czy Bałtyckiego.
Ale nawet tam pojawiła się urocza jaszczureczka!
I jeszcze bardziej uroczy ślimaczek.
Terka, kapliczka przydrożna. Ufundowana we wdzięczności za to, że spadło się kilkadziesiąt metrów w dół i przeżyło.
Teraz podobno cały czas palą się tam świece.
Czyli co, dziś idziemy na Tarnicę? Wołosate.
Popas po drodze.
I wychodzimy z lasu. Widocznośc, jak na razie, niezła. :D
Udało się dotrzeć na szczyt. Pogoda trochę nie ten teges, ale te widoki! Widać normalnie całe Bieszczady w promieniu... 10 m.
Ludzie całkiem przyjemnie wyłaniali się niczym zjawy.
Jakoś wróciliśmy, ale było ciężko.
Więc następnego dnia pora na Ukrainę.
Te piękne drogi...
I tory kolejowe.
I ciężarówki.
Ale znaki w miarę normalne.
Sambor. Miasteczko trochę mniejsze od Tczewa.
Centrum Sambora.
Busiki na gaz. Dojadą wszędzie. Czasem wybuchają, ale to szczegół. Mam ochotę na wyprawę po krajach wschodnich przy użyciu marszrutek i kolei. Może kiedyś.
Tam nawet coś ładnego kościołopodobnego.
A to mi przypomina jedną z tczewskich ulic. Tam koło pizzerii “Przy Kominku”
W jednym Sambor jest lepszy od Tczewa - mają uniwerek.
A stacja równie ładna.
Już 2 pasy w kaźdym kierunku, już światła, już dojeżdżamy do Lwowa.
A to już centrum. Kostka podobno pamięta jeszcze Franciszka Józefa.
Zajezdnia tramwajowa.
Rozkład jazdy marszrutek spod katedry św Jura.
Plebania.
I sama katedra.
Szczebel zapatrzony.
Cmentarz Orląt Lwowskich. Trochę w remoncie akurat.
Podwale.
Nasz przewodnik. Trochę interesujący, trochę przerażający znajomością faktów. Cóż, jego praca.
Pomnik Krystyny... tfu, Nikifora.
Przemek dotknął nosa.
Neptun, nawet podobny do gdańskiego.
Całkiem ładna latarnia.
Plac Mickiewicza.
Pawcio zacieszony.
Swa-bo-da! Swa-bo-da! Coś mi się zdaje, że to nie te czasy. I nie ta swaboda.
Taras Szewczenko.
Uśmiech się raz jeszcze. A w tle coś, co udowadnia, że Lwów nie jest monokulturowy. Zresztą, mieszka tam 30 tysięcy Polaków na 850 tysięcy mieszkańców. Oficjalnie. Nieoficjalnie zapewne więcej, ale i tak Ukraińców jest tam zwyczajnie więcej, więc czemu niby Lwów miałby obecnie być polski?
Teatr Wielki.
Mniam, fontanna.
Segway też tam dotarł.
A tu widać ciekawy fartuszek.
Katedra ormiańska nie jest praktycznie widoczna z zewnątrz. Po wejściu w coś, co przypomina podwórze, po prawej widać coś takiego. Dopiero po przejściu obok takich kwiatków wchodzi się do samej katedry.
W której podoba mi się chyba najbardziej. Jest lekko przerażająco, zwłaszcza, gdy jeszcze kobieta zacznie ćwiczyć śpiew gdzieś schowana.
Czemu przerażająco? Wystarczy spojrzeć na niektóre twarze na ścianie.
Restauracja, w której jedliśmy. Smaczne, przyjemne i zapewne tanie.
Ta sama restauracja z zewnątrz.
Więzienie/areszt w samym środku miasta. Ciekawy widok, zastanawiam się czy więźniowie są czasem w stanie usłyszeć coś ze świata zewnętrznego prócz hałasu samochodów.
Jak zwykle, trzeba było zaopatrzyć się w trunki... Nic, że mam już 18, kupiłem same bezalkoholowe.
Mniam, takiej wody gazowanej z sokiem właśnie w Polsce cały czas szukam. Znalazłem już w Niemczech i na Ukrainie, ale w Polsce jeszcze nie.
Ukraińska odmiana gazety “Fakt”, czyli “Fakty i komentarze”. Jak tylko przeczytam ją do końca, zapewne będę umiał język. Jak na razie, kończę pierwszą stronę. ;D
Bałagan może nieco mniejszy niż rok temu, ale za to więcej butów. Nie tylko naszych.
Wnętrze namiotu żywnościowego.
Go Łukasz!
Te busiki z rana około 8 startują z obozowiska, po drodze zwiedzając m.in. Lesko, Sanok, Krosno, by dojechać o 14 do Krakowa.
W tym budynku znajduje się bar na obozowisku. Pyszna jajecznica za 2,50 plus pieczywo za złotówkę i kolacja gotowa.
Ktoś tu się nakręcił na wielką przygodę.
Droga do centrum metropolii.
I samo centrum. Za mną sklep o nazwie... “Centrum”.
Busiki prywatne, w liczbie nawet do 5 (w tym jedna Nysa - “Bieszczadzki Expres”), koczowały przy głównym placu, namawiając turystów na kursy. Jednym nawet my pojechaliśmy - do Wołosatego. W tle to drewniane to bar, w którym jedliśmy obiady. Znaczy się, zazwyczaj frytki, coś mięsnego i surówka (które ja zjadałem 2-3, bo inni nie lubią), plastikowe talerze i sztućce. Nawet smaczne.
Większa perspektywa na centralny plac. Od lewej - “kiosk” Ruchu (sprzedają dużo innych rzeczy), bar i sklep w jednym, w tle kościół, bardziej na prawo to żółto-zielone to kolejny spożywczak, i całkiem po prawej widać fragment wiaty przystankowej dla klientów PKS.
To dokąd dzisiaj? Bukowe Berdo?
Czuć grozę. Nadchodzi zło. To... przewodnik!
Dziś z Mucznego, przez Bukowe Berdo, na przełęcz przy Tarnicy, kto chce to na Tarnicę, i wtedy wszyscy razem do Wołosatego.
Muczne. Tutaj na skrzynce pocztowej nie jest napisane, kiedy poczta jest odbierana. Zapewne, gdy listonosz ma jakąś pocztę do Mucznego.
To teraz porcja zwyczajowych widoczków.
Skały. Nienawidzę.
Na zdjęciu nie ma nic ciekawego, ale widzicie te małe kropki? To robactwo. Dużo go tam było.
I w takich chwilach przypominam sobie, że mam lęk przestrzeni. Ups. A nawet YPS. (zamiast Y to takie U z kropeczkami z niemieckiego)
To jest Stefan.
A to Mateusz i Pawcio.
Relaks na przełęczy przed Tarnicą.
Smacznego.
Panu przewodnikowi też smacznego.
A Sarze ładnych zdjęć twarzy życzę.
A idźcie sobie na tą Tarnicę, ja tam już 3 razy byłem.
Jak widać, but sam się czyści. To nazywa się “czyszczenie przez odpadanie”.
Z bułeczkami na śniadanko.
Jeszcze soczek.
Gorąco. Niektórzy chłodzili się w bagażniku autokaru.
Bukowiec. Józek wozi kłody.
Idziemy do Beniowej. Widać tory i strażnice po ukraińskiej stronie.
Chrzcielnica w Beniowej.
I pozostałości cerkwi, z naszym kierowcą w środku.
Idzie burza. Może być ciekawie. Ale my idziemy dalej, do Sianek, z celem - grób hrabiny.
Cóż, może do Sianek dotarliśmy, ale do grobu hrabiny już się nie udało - ulewa.
Uratował nas autokar. Z powrotem wzięliśmy też kilkunastu pasażerów dodatkowych. Darmobus na trasie Sianki - Bukowiec, to jest to.
Niektórzy, jak się okazało, zostawili na namiotach ręczniki, spodziewając się cały dzień 30 stopni w cieniu i braku chmur.
A niektorzy nawet namiot, cenna literatura uległa zalaniu.
Cip, cip.
Z jakiegoś powodu wielce ważny numer BRAVO się suszy.
Strumyk, a raczej potok Wołosaty.
Natalia rozmyśla. Muszę przyznać, dobre do tego miejsce.
Gdy wróciłem do domu, miałem problem z zaśnięciem bez szumu potoku w tle.
Ale już się spakowaliśmy. Nasz namiot został złożony i przetransportowany razem z bagażami do autokaru jako pierwszy, więc co nam pozostało?
Iść na miasto na...
FOTOSZKI! Tu akurat kościół.
A tu strażnica Straży Granicznej.
Skrzynka pocztowa, do której wrzuciłem około 10 pocztówek. Listy wyjmuje się 5 razy w tygodniu.
Zajazd “Pod Caryńską”, jedyny dostępny całorocznie i jeden z dwóch z wifi. Tam nie sprawdzałem prędkości, ale na pewno było wolno i zrywało. Za to w Kremenarosie udało mi się zrobić speedtest - 100 kbit około. Mają tu niezły kotlet z piersi kurczaka i de volaille, nie polecam niestety kotleta schabowego, chyba że ktoś go w takiej wersji lubi. Talarki i frytki też dobre.